Sobota wieczór

Sobota wieczór na drugim końcu miasta. Osiedle domków jednorodzinnych. Na małym skwerku jakieś mocno nabuzowane (dopalacze? zawód miłosny?) dziewczę wyrywa kosz na śmieci, którego zawartość rozsypuje się po ulicy i chodniku. Dziewczynie to nie wystarcza do wyhamowania furii, dlatego zaczyna mocować się ze znakiem drogowym a potem skacze po ławce. Na szczęście to dość solida konstrukcja, a może destruktorka traci siły, dlatego ławka ocaleje.

W tym czasie obok dziewczyny przejeżdżają samochody, przechodzą mieszkańcy miasta. Nikt nie reaguje. Lokatorzy pobliskich domków opuszczają rolety, bo jak wiadomo, jak nie widać, to tego nie ma. Jedynie mój ojciec dzwoni po policję. Patrol przyjeżdża błyskawiczne, potem mocuje się z nabuzowaną dziewczyną i zabiera ją na komendę.

Na drugi dzień rano sąsiedzi z okien robią zdjęcia rozgardiaszu, by wrzucić na fejsa, bo teraz tak objawia się obywatelska postawa i czujność. A moja mama bierze worek, rękawiczki i sprząta cały ten bałagan, czyli fruwające z wiatrem śmieci. Niestety, nie jest supermenką, więc nie jest w stanie naprawić konstrukcji kosza. Ale robi, to co może, by otoczenie nabrało sensownego wyglądu zanim w poniedziałek ruszą w miasto służby komunalne. Bo po co czekać.

Jestem dumna z moich rodziców. Dziś przed południem jechałam do nich i patrzyłam na miasta po weekendowym wieczorze, kiedy lokale są zamknięte, kluby nocne nie funkcjonują, więc teoretycznie powinno być spokojnie. Ale nie jest. Nie wiem, skąd ten nadmiar energii, agresji, potrzeba destrukcji u naszych mieszkańców? Kontener na śmieci o pokaźnych gabarytach leży na boku, słupki z łańcuchami zabezpieczające trakt pieszy od jezdni pochylone…Nikt niczego nie widział, nie słyszał, nie zareagował? Albo sobie pomyślał: od tego są inni. A ci inni pomyśleli tak samo.

A przecież moi rodzice nie mogą mieszkać wszędzie 😉

P.S. Zdjęcie nie na temat

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.