Jak jest, a jak być powinno

Dzisiaj jeden z nauczycieli blogerów wrzucił post o tym, że pomysł, aby wracać na półtora miesiąca do stacjonarnego nauczania, nie jest najszczęśliwszym. Powiem szczerze, choć nie będzie to popularna opinia – niewątpliwie ma rację. Szczególnie, gdy dotyczy to liceów, gdzie powrót sprzągłby się z trwającymi maturami. Już widzę oczyma wyobraźni moich ambitnych kolegów, którzy w pocie czoła chcą nadrobić rok zdalnej nauki i zasypują dzieciaki sprawdzianami. Widzę też połowę czerwca, kiedy spragnieni kontaktów międzyludzkich uczniowie, porzucają gremialnie szkolne ławki i idą w plener wymieniać się mutacjami wirusa, rzecz jasna – bez nauczycielskiej kontroli 😉

.Ale…wracając do postu blogera, spotkał się on (zarówno tekst jak i jego autor) ze zmasowanym atakiem internautów, gdyż prowokacyjnie napisał, że podoba mu się już praca zdalna, bo w przerwach może ugotować obiad, a podczas zajęć skupia się na nauczaniu, a nie dyscyplinowaniu uczniów (w myśl zasady: czego oczy nie widzą…). Wielu komentujących odsądziło polonistę od czci i wiary, byli też tacy, bardziej zradykalizowani, którzy postulowanie „wywalenie go z pracy na zbity pysk”, bo w ogóle nie rozumie dramatu, z jakim borykają się uczniowie. Swoją drogą zadziwia mnie to, z jaka łatwością społeczeństwo wyrzuca z pracy nauczycieli za to że nie chcą się wpisać w stereotypowy obraz Siłaczki lub tylko dlatego, że ich poglądy polityczne są odmienne od przekonań recenzenta. Mnie też już jeden z rozwścieczonych zwolenników mizoginizmu postulował usunąć z liceum na „zbity pysk”, bym nie deprawowała młodzieży. Na szczęście podlegam zupełnie innym władzom, niż chciałby mój osobisty agresor 😉

Ale znowu poszłam w dygresję, więc ponownie wracając do meritum – znam autora komentowanego wpisu z wielu ciekawych artykułów, z których widać, że jest nauczycielem mocno zaangażowanym w swoją pracę i traktuje szkołę i swoich uczniów z należnym szacunkiem. Jego wpis pokazał, w moim przekonaniu, że człowiek potrafi się dostosować do sytuacji, a po drugie to, że decydenci zwołując młodzież przed końcem roku szkolnego do ławek, nie mają za grosz pojęcia o procesie dydaktycznym i prawdziwym życiu szkoły.Jednak czytelnicy wyłapali z postu jedynie to, że autor na przerwie gotuje obiad, a podczas lekcji zdarza mu się obierać ogórki (podejrzewam, że tu polonista, wszak facet, mocno podrasował rzeczywistość na użytek idei swojego tekstu).Z tych komentarzy pod tekstem rysuje mi się obraz społeczeństwa przekonanego, że nauczyciel podczas przerw na zdalnym nauczaniu uzupełnia wiedzę z zakresu hermeneutyki dzieła literackiego, roztrząsa sam ze sobą trudne przypadki dydaktyczne, płodzi naręcza pism, dokumentujących proces nauczania, a jak już to wszystko wykona, to dyżuruje we własnym przedpokoju, by biegające po nim koty nie wyrządziły sobie krzywdy.Zatem dokonam tu brutalnej destrukcji mitu – nie, proszę Państwa, nauczyciel podczas przerwy na zdalnym nauczaniu parzy sobie kawę (wymiennie: melisę), obiera ziemniaki/ogórki, dzwoni do rodziców z pytaniem o ich samopoczucie, pozwala kotom wejść do domu, bo teraz już mogą miauczeć, zanim znowu udadzą się na przymusową emigrację za drzwi, a tuż przed końcem przerwy taki nauczyciel ćwiczy dobrą minę do złej gry, rozciągając usta w uśmiechu, bo przecież do końca nie wolno społeczeństwa pozbawiać złudzeń, że jest fajnie.

P.S. Zdjęcie znowu nie na temat

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.