Tak mi się przypomniało

Nie wiem, co takiego jest w koniach, że nie mogę obok nich przejść obojętnie. Dla mnie to jedne z najpiękniejszych zwierząt. I tak było, od kiedy pamiętam. Wychowałam się na wsi, w czasach, kiedy posiadanie przez gospodarzy koni było tak naturalne jak dziś ciągnika. Wtedy te zwierzęta ciężko pracowały, ciągnąc za sobą pługi, wozy drabiniaste, furmanki. Do pobliskiego miasteczka jechaliśmy wozem na gumowych kołach, po siano na łąkę – żelaźniakiem, czyli wozem z drewnianymi kołami. Asystowałam dziadkowi przy zaprzęganiu koni, nakładaniu tych wszystkich elementów, które dziś nieliczni pewnie umieją wymienić: ogłowia, uzdy, chomąta, lejców.

Uwielbiałam zapach końskiej sierści i aksamitny dotyk chrap. Sama chciałam być koniem, dlatego nie raz galopowałam po łące tak, jak mogłam na swoich zaledwie dwóch nogach. Z przerażeniem patrzyłam, jak zdycha ukochana klacz dziadków. Nie rozumiałam, że nie można jej pomóc i byłam chora z rozpaczy. Miałam też swoje konie – jak ja to określałam – „na umyśle”, czyli wyimaginowaną stadninę, która mieszkała w szafce. Miałam też konika na biegunach i kilka plastikowych figurek tych zwierząt – i wcale to nie były jakieś przerysowane kucyki Pony. Gdy wyprowadziłam się do miasta, nie mogłam mieć konia, więc uprosiłam rodziców, żeby przynajmniej psa lub kota mi kupili. Wtedy usłyszałam: „Po co ci pies, masz brata” 😉

Kiedy oglądałam filmy wojenne lub westerny, w których giną konie, płakałam jak bóbr. Bardziej było mi szkoda zwierząt niż ludzi, bo ludzie zawsze byli sami sobie winni tych nieszczęść, a konie przecież nie wybierały swojego losu.I po wielu latach, kiedy już byłam dorosłym człowiekiem, płakałam czytając u Dostojewskiego sen Raskolnikowa, w którym Mikołka okładał drągiem kobyłę, a ta zakrwawiona pada pod jego ciosami. Fryderyk Nietzsche, filozof, który uśmiercił Boga, ten sam, który głosił kult nadczłowieka, nie umiał znieść cierpienia koni. Kiedy zobaczył woźnicę, jak chłoszcze pejczem wyczerpanego konia, przytulił się do zwierzęcego pyska i zaczął płakać. Potem stracił przytomność. Od tego momentu już nie był sobą.Tak mi się to wszystko przypomniało, kiedy znowu nie umiałam przejść obojętnie obok pasących się koni.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.