Pod niebem Złotoryi

                                                             

zachod

Właśnie ukazało się nowe, październikowe Echo, w nim mój wywiad z paralotniarzem Grzegorzem Baranem, który zreszta dziś był gościem naszego Klubu i demonstrował zdjęcia z powietrza. Znajome miejsca z innej perspektywy nabierają nowego charakteru.

Poniżej pełny tekst wywiadu.

 

 Pod niebem Złotoryi

 Iwona Pawłowska: Kiedy i jak zaczęła się Pana przygoda z lataniem?

Grzegorz Baran: Oj, bardzo dawno się to zaczęło. Miałem wtedy 15 lat. Najpierw były skoki spadochronowe, potem latanie na szybowcach w aeroklubie jeleniogórskim. Zawsze ciągnęło mnie w górę. Potem była długa przerwa na szkołę i wojsko, ale zaraz trafiłem do kompanii specjalnej 62. w Bolesławcu. Ta taka słynna kompania czerwonych beretów. Wtedy znowu mogłem robić to, co lubię, czyli skakać z samolotu.

I. P: Trudno było się dostać do czerwonych beretów?

G.B: To jest jednostka elitarna i były pewne obostrzenia. Trzeba było mieć wykształcenie średnie, trenować skoki spadochronowe, najlepiej jeszcze sztuki walki, np. karate.

I.P: Nie chciał zostać Pan w wojsku jako zawodowiec?

G.B: Nie, wolałem wyjechać na Zachód. Byłem tam ładnych parę lat. Jak wróciłem, otworzyłem mały biznes, potem większy…Ale wciąż ciągnęło wilka do lasu, czyli w powietrze. Najprostszym i najtańszym sposobem, by się wznieść w górę, była paralotnia. Wcześniej jeździłem w górki polatać na lotni bez napędu, z samym żaglem. Potem dokupiłem napęd na plecy. Z takim wyposażeniem człowiek potrzebuje tylko kawałek łąki nieograniczony ani drzewami ani linią wysokiego napięcia, ani budynkami i już może latać.

I.P: Jak wygląda start paralotni?

G.B: Start wygląda bardzo prosto. Najlepiej, jakby były jakieś wzniesienia, ale przy dobrym napędzie i technice może być zupełnie płasko, a wtedy po 10 – 20 krokach już się jest ponad ziemią.

I.P: Trzeba biec czy wystarczy iść?

G.B: Trzeba się rozpędzić, by skrzydło weszło na kąty natarcia powietrza . Dodatkowo paralotniarz ma w ręku manetkę gazu i tym dodaje mocy. W konsekwencji skrzydło wypełnia się powietrzem. Teraz są już skrzydła samostateczne, czyli takie, które jak dostaną powierza w swoje komory, to się usztywniają. Nie są to typowe ‘szmaty”. Napęd od silnika (9 tysięcy obrotów na minutę) nie zaburza struktury skrzydła.

I.P: Rozumiem, że ten cały napęd i skrzydła są przyczepione do pleców paralotniarza, więc to pewnie dużo waży?

G.B: Razem z paliwem około 30 kilogramów. Na paliwo jest specjalny zbiornik podczepiony poniżej silnika. Przynajmniej ja tak mam. Wiem, że są napędy ze zbiornikiem powyżej silnika, ale zdarzały się już sytuacje, że występowały przecieki i wtedy paralotniarz zamieniał się z pochodnię.

I.P: Na ile godzin lotu starcza paliwa paralotniarzowi?

G.B: Na 2 do 3 godzin. Wszystko oczywiście zależy od zbiornika. Taki zbiornik o pojemności 8 -10 litrów umożliwia lot do 2,5 godziny, ale są też większe 14 litrowe. Tylko mają jedną wadę – ciężar.

I.P: Zabrakło już kiedyś Panu paliwa?

G.B: Tak, zabrakło. Lecieliśmy kiedyś do Bolesławca i musieliśmy przebijać się pod wiatr. Zużycie paliwa wtedy jest spore. Na dodatek zaczęła aura fiksować i trzeba było wracać. Jakieś 8 kilometrów od lotniska na wysokości 60 metrów usłyszałem ciszę. Już wiedziałem o co chodzi. Wtedy szybko rozejrzałem się, gdzie można lądować i tylko na tym manewrze się koncentrowałem, bo lądowanie nie trwa nawet minuty.

I. P: Jak wysoko możecie latać?

G.B: Różnie, na naszym terenie latamy na wysokości 100 – 150 metrów. Można też wyżej, ale tym jest problem, bo kiedy chcemy wznieść się wysoko, a sprzęt to umożliwia, to przeszkadzają przepisy. Wszystko musimy zgłaszać do kontroli lotów i uzyskać pozwolenie. Są też strefy bezwzględnie zakazane dla nas, np. obszary wojskowe, uzdrowiska, parki narodowe. Mamy przy sobie GPS-y, wariometry i wiemy, na jakim obszarze i na jakiej wysokości się znajdujemy, więc nie ma możliwości, by naruszyć te strefy. Często latamy nad naszym powiatem lub w okolicach Bolesławca, a te tereny dobrze znamy, i nawet nie potrzebujemy nawigacji. Ale jak sie leci gdzieś dalej, to trzeba sobie wytyczyć trasę i uzyskać zezwolenie, żeby wejść na wysokość 200 – 300 metrów. Ale nie o wysokość lotu zwykle chodzi, czasem niżej jest lepiej ze względu na widoki, a te są najpiękniejsze już ze 100 metrów.

I.P: Mówi Pan, „latamy”, to znaczy, że jest was kilku.

G.B: O tak, mamy małą grupę paralotniarzy w Złotoryi i okolicach. Na początku długo byłem sam, potem dołączył do mnie Tomek Dynerowicz, który wcześniej skakał w Trawersie i latał w aeroklubie jeleniogórskim. Później przyjęliśmy „pod swoje skrzydła” Radka Tkaczyka, byłego akrobatę, który wciąż potrzebował adrenaliny. Dołączyli też do nas koledzy z Bolesławca, jeden z nich to żołnierz czerwonych beretów. Przylatują do nas gościnnie paralotniarze z Lubania, Zgorzelca. Czasami my do nich lecimy. Spotykamy sie na wspólnych imprezach. Przymierzamy się do tego, aby zarejestrować stowarzyszenie i może w przyszłości organizować w Złotoryi lub okolicach mistrzostwa w lataniu na paralotniach. Marzy nam się impreza, która na stałe wpisałaby się do kalendarza paralotniarzy. Przy okazji w tym miejscu chciałbym zaprosić wszystkich, którzy mają ochotę polatać, a nie wiedzą, jak się do tego zabrać, by kontaktowali się ze mną lub kolegami i nie bali się przyjeżdżać na nasze lotnisko w Łukaszowie. Jesteśmy otwarci na entuzjastów.

I.P: Macie swoje ulubione dni lub pory roku  na loty?

G.B: Jesień jest taką najlepszą porą, kiedy płoną ogniska i pachnie dymem. Ciekawie wyglądają łęty po wykopkach i lasy z przebarwionymi liśćmi. Ma to swój klimat. Wiosna też ma urok – żółte pola rzepaków pięknie wyglądaj z powietrza.

I.P: Lata Pan dla tych widoków czy dla adrenaliny?

G.B: Powiem jedno – z tą adrenaliną to nie jest tak jak wszyscy myślą. Dla mnie ważny jest zdrowy rozsądek. On jest na pierwszym miejscu. I warunki pogodowe, które muszą odpowiadać pewnym parametrom, bo inaczej byśmy się nie wznieśli.

I.P: Jakich warunków musicie unikać?

G.B: Zbyt dużych, porywistych wiatrów, turbulentnych warunków, kiedy słońce operuje i wnoszą się takie bąble od nagrzanej ziemi. To jest dobre dla szybowców, żeby kręciły się w kominach termicznych, ale nie jest wskazane dla paralotni. Co prawda można latać, ale trzeba mieć spore doświadczenie, bo jest naprawdę niebezpiecznie. Mieliśmy już kiedyś takie przypadki, kiedy lecieliśmy w fajnych warunkach, my to nazywamy masełkiem, i ni stąd ni zowąd zmienia się nam aura, a wtedy walczymy w powietrzu i myślimy, by wylądować byle gdzie, ale bezpiecznie. Kiedyś przeżyłem chwilę grozy, gdy leciałem z Ostrzycy z kolegą z Bolesławca. Byliśmy na wysokości kolonii Uniejowice, gdy zerwała się wichura. Lecieliśmy na wysokości 80 metrów a wywindowało nas na 600. Nie mogliśmy wylądować.

I.P: I co wtedy?

G.B: Trzeba szybko wyłączyć motor i walczyć, by nie zniosło w niebezpieczna przestrzeń, trudną do wylądowania. Nas znosiło akurat nad Złotoryję. Jednak udało się nam bezpiecznie wylądować w okolicznych wioskach kilka kilometrów od siebie. Potem inny kolega nas szukał do późnych godzin.

I.P: Co Pan wtedy w powietrzu myślał?

G.B: Że będzie dobrze. Poza tym my mamy ze sobą jeszcze „trzy zdrowaśki”, czyli spadochron zapasowy. Ale trzeba być na odpowiedniej wysokości, żeby ten spadochron rzucić, minimum 100 metrów. Jak jest niżej, to są nikłe szanse na uratowanie się.

I.P: Jak wygląda lądowanie w normalnych warunkach? Wyłącza się silnik i…

G.B: Jak pilot jest niedoświadczony, to lepiej, by wyłączył napęd dopiero na 50 – 60 metrach i tak podchodził do lądowania. Pod wiatr oczywiście. Trzeba uważać, bo, niestety, często bywa tak, że silnik, który nie ma sprzęgła odśrodkowego i cały czas kręci śmigłem, powoduje wkręcenie się czaszy paralotni albo linek i wszystko ulega zniszczeniu. Tu dodam tylko, że sama czasza kosztuje 2 tysiące euro, więc szkoda pieniędzy na taka przygodę.

I.P: Wcześniej Pan mówił, że jest to tani sport ekstremalny. Tani, to znaczy…?

G.B: Mając już 15 tysięcy złotych można kupić cały sprzęt, nie nowy, ale taki, na którym można wyszkolić się, polatać 2 lub 3 sezony dopóki się nie nabierze wprawy. Wtedy dopiero można zainwestować w coś lepszego. Nie polecałbym kupować od razu nowego, drogiego sprzętu, bo różne przypadki się zdarzają. Ostatnio mieliśmy takie zdarzenie, kiedy człowiek, który zainwestował około 30 tysięcy w sprzęt, w swoim trzecim locie zrobił podstawowy błąd w pilotażu, odpuścił sobie gaz, dostał tzw. wahadła i przyłożył o glebę. On wyszedł cało, ale sprzęt był do niczego.

I.P: Do latania na paralotni potrzebne są jakieś uprawnienia?

G.B: Tak, trzeba zdobyć uprawnienia, kończąc szkołę paralotniarzy. Zwykle polecam szkołę p. Andrzeja Binkowskiego w Mieroszowie. Tam są bardzo fajne warunki do szkolenia: sale wykładowe, sprzęt, przestrzeń do latania. Przez trzy weekendy przyjeżdża się na zajęcia, a potem trzeba przelatać sezon w górach samą paralotnią bez napędu. Potem, jak się kandydat zdecyduje na paralotnię z napędem (PPG), to jest następny kurs motorowy. Żeby nauczyć się latać z napędem nie trzeba jeździć daleko. U nas, w Łukaszowie jest dawne zapasowe lotnisko poradzieckie, na którym można ćwiczyć. To jest fajna łąka, której użyczyła nam gmina Zagrodno, a Zakład Rolny w Łukaszowie pomaga w koszeniu trawy, choć wiele prac wykonujemy sami. Ludzie, którzy przylatują do nas z różnych stron, zazdroszczą nam tego miejsca. A jest czego, bo stamtąd w każdym kierunku można latać, nic nas nie ogranicza. Nie ma budynków, ani linii wysokiego napięcia. Zanim zrobiliśmy w Łukaszowie swoje lotnisko, musieliśmy wysprzątać łąkę po Rosjanach. Czego tam nie było. W paru workach wynieśliśmy części metalowe, samolotów, pocisków, odłamki rakiet, a nawet butelki z chemią (strach byłoby to otwierać).

I.P: Już wiem, jak wygląda sprzęt do latania, a co ze strojem. Na górze jest pewnie dużo zimniej?

G.B: Jest chłodniej niż na ziemi, ale jak przygrzeje słońce, wystarczy pod spód założyć bieliznę termoaktywną, taką jak na narty. Zima dodatkowo zakładam ogrzewane rękawiczki, których akumulator starcza na 2 godziny latania. Był to drogi zakup, ale się opłaca. Koledzy po 40 minutach lądują, bo odmarzają im palce i nawet nie są w stanie wypiąć się z uprzęży, a ja latam dalej. Oczywiście paralotniarz ubiera też specjalny kombinezon lotniczy, który ma dużo kieszeni z przezroczystej folii na wierzchu na wariometry, GPS-y, radia (każdy z nas ma radio, przez które rozmawiamy w powietrzu). Oczywiście na głowę zakładamy kask, koniecznie z atestem do sportów lotniczych. Niektórzy zakładają kaski narciarskie lub rowerowe, ale nie polecam. Na bezpieczeństwie nie można oszczędzać. Mówię, bo wiem. Sam miałem wypadek, kiedy uderzyłem o ziemię a śmigło węglowe uderzyło mnie w hełm. Gdyby nie porządny kask, nie wiem, jak by to się skończyło.

I.P: No to miał już Pan przykre doświadczenia.

G.B: Tak, tak miałem parę przygód, na razie skończyło się to zniszczonym sprzętem i koniecznością noszenia ortezy na nodze przez pół roku. Jednak po miesiącu nie wytrzymałem i kupiłem sobie specjalny wózek na trzech kółkach, do którego przymocowałem napęd i latałem w wózku

I.P: A tak normalnie w jakiej pozycji się leci?

G.B: Jak w babcinym fotelu bujanym J. Jest bardzo wygodnie, miękko. Napędy teraz są tak skonstruowane, że nie przenoszą drgań od śmigła na ramę, więc nie odczuwamy dyskomfortu. Hałasu też nie ma, bo tłumią go słuchawki Peltora do łączności.

I.P: Zastanawiam się, co Pana rodzina sądzi o lataniu.

G.B: Przyzwyczaili się. Syn już próbuje latać ze mną. Miał osiem lat, kiedy zawiozłem na zawody spadochronowe w Piotrkowie Trybunalskim i wyskoczył ze spadochronem z 4 tysięcy metrów. Dopiero gdy wylądował, zadzwoniłem do żony i powiedziałem o wszystkim J.

I.P: Wiem, że przy okazji lotów robi Pan zdjęcia okolic.

G.B: Nie ma miejscowości w naszym powiecie, której bym nie udokumentował fotograficzne. Mam ponad 2 tys. zdjęć lotniczych. Fotografuję aparatem cyfrowym Sony F828, który mam zamontowany na kasku na takiej platformie. Wyzwalacz uruchamiam pilotem. Oprócz tego zwykle mam zapasowy aparat w ręce, a w zasadzie na smyczy (żeby nie wypadł)

Paralotniarz ma większe możliwości do robienia zdjęć niż lecący samolotem. Moja prędkość jest mniejsza, a poza tym mogę kilka razy precyzyjnie pojawić się w tym samym miejscu.

I.P: Jak wygląda Złotoryja i jej okolice z góry?

G.B: Większość naszych mieszkańców nie wie, w jakich fajnych okolicach mieszka. Ludzie, którzy do nas przylatują z Warszawy lub innych miast mówią, że to bajka. Kiedyś zabrałem ich do Stanisławowa, potem oblecieliśmy Leszczynę, Nowy kościół, Świerzawę, Ostrzycę, zamek w Grodźcu. Byli w szoku, że tak tu pięknie. Jeśli chodzi o latanie, to mamy bogate widoki i górki, i płasko. Wszystkiego pod dostatkiem.

I.P: Są jakieś przeciwwskazania medyczne do latania na paralotni?

G.B: No właśnie nie. Kiedyś trzeba było robić specjalne badania we Wrocławiu. Śmialiśmy się, że przeglądają nas tak skrupulatnie, jakby mieli nas wysłać w kosmos. Teraz już nie ma potrzeby takich badań. Mam kolegę, który jest po operacji biodra i ciężko mu sie poruszać, a też lata. Albo inny przykład  – Jędrzej Jaxa – Rożen, który uszkodził sobie rdzeń kręgowy podczas wypadku na Górze szybowcowej w Jeleniej Górze. Facet nie chodzi, ale lata na karbonowym wózku specjalnie dla niego skonstruowanym przez kolegów paralotniarzy z Politechniki Wrocławskiej. Jędrzej z powodzeniem bierze udział w mistrzostwach Polski czy Europy. Osobiście znam trzech takich paralotniarzy jak Jaxa, którzy po wypadkach wrócili do latania. Oni mówią, że już nic gorszego od kalectwa nie może ich spotkać.

I.P: Najpiękniejsza chwila w powietrzu to…

G.B: Była taka chyba rok temu. Lecieliśmy wtedy z Tomkiem Dynerowiczem bardzo nisko (5 – 8 metrów) nad ziemią z Uniejowic nad oczkiem koło Zagrodzieńskiej. Pod nami był wysoki przerośnięty rzepak a z niego wyłaniał się piękny jeleń, za nim drugi, trzeci, czwarty…jak długo żyję, jeszcze tak potężnych jeleni nie widziałem. One oczywiście wypłoszyły się, ale majestatycznie z tego rzepaku próbowały sie wydostać. Jednak był tak gęsty, że zwierzęta miały trudności i przewracały się, a wtedy a na rogi zabierały łodygi. Potem pobiegły w kierunku Pielgrzymki. Mieliśmy też przygodę nad Łukaszowem, ale do pięknych ona nie należy, raczej do dramatycznych. Znowu lecieliśmy dość nisko nad ziemią i zza budynku gospodarstwa rolnego wyleciał znienacka samolot „Agro” Dromader. Nie powinien lecieć ani na takiej wysokości ani w tym miejscu. Zrobiło się nam ciepło. Ocaliła nas zimna krew. Obniżyliśmy błyskawicznie lot. Pilot zobaczył, co się dzieje, przeprosił nas, machając skrzydłami.

I.P: Kiedy paralotnię zastąpi Pan samolotem?

G.B: Myślałem nawet o jakimś ultralekkim samolocie. Już za 160 tysięcy można byłoby kupić, zachętą jest możliwość odliczenia vat-u, ale byłby problem z hangarowaniem. Legnica już tego nie robi a w Jeleniej Górze nie ma miejsc. Na razie więc bawimy się naszymi szmatolotami.

I.P: Dziękuję za rozmowę i życzę tyle samo lądowań, co startów.

 

Rozmawiała Iwona Pawłowska

Zdjęcia: Grzegorz Baran

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Wywiad. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pod niebem Złotoryi

  1. JSDK pisze:

    Bardzo interesująca notka. Masz talent do pisania tekstów i piszesz na interesujące tematy. wysyłam wszystkim link do twojego dziennika Napisz wartościowy komentarz na moim blogu a zdobędziesz z niego unikalny odnośnik. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *