Na co mi to było :)

59cce2b014[1]

Siedzę zagrzebana po czubek głowy w pracach klasowych i innych takich, które wymagają mojej bacznej uwagi czytelniczej. Czuję się jak Syzyf, któremu ktoś dokłada kolejne kamienie. Nie dość, że jeden mu spadał, to teraz nie wie, za który ma się najpierw chwytać. Żeby jeszcze dla ucznia było ważne, co ja tam skrobię na marginesach prac. A tu nie – najistotniejsza jest ocena, a z czego ona wynika, to sprawa drugorzędna. Młodzi nie chcą uczyć się na błędach. Nie chcą się w ogóle uczyć. Ale to chyba normalne w tym wieku. O ile pamiętam siebie z tych odległych czasów, a było to całe 20 kilo temu, byłam równie niechętna do wysiłku. Wstyd się przyznać, ale lektury opowiadała mi w drodze do szkoły niezawodna koleżanka Ela, która nota bene humanistką nie została, lecz skończyła politechnikę (i na co było jej to czytanie :)). Kiedyś Ela nie zdążyła opowiedzieć mi całej treści „Nad Niemnem” (bo droga była za krótka a Orzeszkowa do lakonicznych autorów nie należała) i dostałam zasłużoną dwóję na polskim. Jaki to był wstyd, jaka boleść, jakie pioruny w oczach polonistki, dla której uchodziłam za jej następczynię. Do matury czytałam już chyba wszystkie lektury.

I na co mi to było? 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Na co mi to było :)

  1. Ola.F pisze:

    To już nawet ja “Nad Niemnem przeczytałam”!
    Czuję się zduzgotana…

  2. IP pisze:

    Ja w końcu też przeczytałam, ale parę lat później:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *