Jasełka, pierogi i wszystko na nic

24

Zaczęły się świąteczne ferie – tradycyjnie od choroby któregoś z Juniorów. Tym razem padło na Młodszego. Załapał grypę. W związku z powyższym zamiast oglądać licealne jasełka i delektować się cud – malina pierogami wyrobu szkolnych kucharek, fruwałam (o ile jazdę w korkach można tak nazwać) między lekarzem, apteką i innymi. Na dodatek u lekarza usłyszałam słowa skierowane co prawda do mego Syna, ale mnie dotyczące: współczuję ci mieć matkę nauczycielkę, nauczyciele są najgorszymi pacjentami. W tym miejscu chciałam pani doktor przerwać i przypomnieć, że to nie ja, a Młody jest pacjentem, ale co będę polemizować ze służbą zdrowia, doświadczoną i nadszarpniętą zębem czasu. Ważne, aby wysłuchała, co trzeba, zajrzała, gdzie trzeba i wypisała skuteczny medykament. Jeśli cena lekarstwa jest proporcjonalna do jego skuteczności, to Młody powinien być już dziś zdrów jak ryba. Ale nie jest. Na dodatek przeżywa dramat, że nie wystąpił rano na jasełkach w roli króla Kacpra, który niesie mirrę Jezuskowi. A wszystko było gotowe. I tekst i korona z folii aluminiowej, i berło z tłuczka do ziemniaków pożyczonego od babci, i mirra, czyli srebrna szkatułka – zabytek klasy 0, i peleryna królewska. I wszystko na nic :(. Najbardziej się uśmiałam z tej mirry. Kiedy zaproponowałam, żeby Młody ten wonny proszek niósł we wspomnianej srebrnej szkatułce, Junior żarliwie zaprotestował: pan kazał mirrę zrobić z pudełka po butach i podpisać 🙂 Istny teatr szekspirowski. Jednak postawiłam na swoim i to nie tylko dlatego, że jedyne pudełko po butach, jakie było w domu, pochodziło z zakupu kozaków. Już oczyma wyobraźni widziałam Młodego, jak zgrabnie, w swej królewskiej dostojności, taszczy pakunek, który stanowi ½ jego wysokości. Groteska.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.