Pamiętam

_MG_9403

Jak obiecałam, dziś refleksje po lekturze Pokolenia 89.

Co bym napisała, gdyby ktoś mnie zapytał o moje spojrzenie na PRL? Zapewne nic takiego nie będzie miało miejsca, ponieważ pytania zadaje się zwykle sławnym osobom. Jednak niepytana mogę sama sobie taką relację z zamierzchłej przeszłości zdać. Kiedy sięgam pamięcią do czasów tzw. komuny, czuję sentyment, bynajmniej nie do ustroju, ale czasów, jakie każdemu kojarzą się sielsko, czyli do dzieciństwa i młodości. Mam wiele wspomnień sensualnych, które wiążą się z zapachami. Pamiętam zapach chińskich piórników zapinanych na magnes, zapach gumki do mazania, aromat mielonej w sklepie kawy, woń kiełbasy z poświeceniem wystanej w kolejce. Taką kiełbasę z namaszczeniem odwijaliśmy z szarego papieru a potem jedliśmy ze smakiem, o jakim już dziś można tylko śnić. Podejrzewam, że gdybym teraz taką samą wędlinę przyniosła do domu, nikt by nie chciał jej spróbować, nawet po obróbce termicznej. Pamiętam też zapach i smak vibovitu, który wysypywaliśmy z torebeczek na dłoń zamiast do wody i powoli, z rozkoszą kubków smakowych wylizywaliśmy. To była nasza namiastka oranżady w proszku. Nie zapomnę też zapachu placków ziemniaczanych, które kupowaliśmy w rynku idąc do kościoła na lekcje religii. I jeszcze aromat gum do żucia Donald, kupowanych w Pewexie za bony towarowe …To moje zapachy szczęścia. Już mniej odpowiadała mi woń jedynego, dostępnego wtedy szamponu tataro-chmielowego. Fuj! Do tej pory mam uczulenie na ten smród.

Niektórzy mówią, że w PRL-u było szaro. Nieprawda, ja pamiętam też kolory. Pierwszy to biel koszuli mojego taty, która błyskawicznie pokrywała się czerwienią mojej krwi tryskającej z rozbitego łuku brwiowego. Tato tamował tę krew jedyną rzeczą, jaka miał wtedy pod ręką. Pamiętam też kolorowe majteczki i koszulki, które tato przywoził dla mnie z NRD, dokąd jeździł na motorze kolegi. Pamiętam też białe tabletki wapna, które łykałam jako antidotum na czerwone bąble uczulenia po zjedzeniu nadmiaru czerwonych truskawek. Pamiętam również słomianą matę wiszącą na ścianie w pokoju mojego wujka. Mata była kolorowa od przypinanych tam tekturowych opakowań po zagranicznych papierosach. Taka kolekcja to wtedy był rarytas. Pamietam kolorowe katalogi Quelle, które wertowałam całymi godzinami, marząc o zabawkach z obrazków. Pamiętam platynowe włosy mojej mamy. Urodziwa szatynka poszła w ślad swych koleżanek i zrobiła z siebie dziwadło. Ale była, jak to dziś mówią, trendy. Na szczęście niedługo potem jej przeszło i wróciła do naturalnego koloru. Ale niesmak pozostał :). Pamiętam też niebieską koszulkę nocną w białe kwiatuszki, którą dostałam pod choinkę jako pięciolatka. Byłam tak zachwycona prezentem, że całą wigilię przesiedziałam w tej szatce cała dumna i blada. Pamiętam również kolorowe pocztówki muzyczne, które puszczałam u babci w kuchni na adapterze – nadstawce radioodbiornika Stolica i na cały głos wyłam Małgośka, mówią mi. Aż babcia przerywała gotowanie obiadu i wychodziła z kuchni. Zostawał wtedy tylko szary kot Maciuś, który był kocicą (ale nikomu to nie przeszkadzało w nazywaniu go męskim imieniem).

PRL to też wydarzenia. Oczywiście i stan wojenny, który dla mnie wiązał się z długimi feriami, siarczystym mrozem i utrudnieniem, polegającym na konieczności załatwienia przepustki, aby wyjechać do babci, która mieszkała 14 kilometrów dalej, ale już w innym województwie. Pamiętam też 20 stopień zasilania, co wiązało się z licznymi przerwami w dopływie prądu. Ale nawet takie niedogodności miały swój urok. Moja koleżanka, u której w domu było tylko ogrzewanie elektryczne, spędzała za przyzwoleniem jej i moich rodziców całe dnie i noce w naszym domu. Pamiętam też swój pierwszy wyjazd za granicę. Miałam wtedy 14 lat i pojechałam do NRD na ferie w ramach obozu harcerskiego. Dziwny to było obóz. Zakwaterowali nas w hotelach o podwyższonym standardzie w Dreźnie, a potem w  Erfurcie. Spaliśmy w dwuosobowych pokojach, kolacje jedliśmy w hotelowej restauracji a w ramach rozrywki jeździliśmy windami szybkobieżnymi bądź wypijaliśmy wodę mineralna z lodówek na korytarzach. Nigdy nie dociekałam, jaki był prawdziwy cel tego wyjazdu i skąd tak komfortowe warunki pobytu. Teraz z perspektywy lat myślę, że działacze ZHP mieli wtedy okazję, by bezkarnie wyjechać na handel. Nikt wówczas nie kontrolował autokarów z harcerzami a nasi opiekunowie mieli ze sobą pół złotoryjskiej cepelii w postaci koszy wiklinowych, za które w NRD na czarnym rynku dostali niemało marek. Pamiętam też moją pierwszą samodzielną wyprawę do enerdowskich domów handlowych. To był prawdziwy szok. Kolorowe wystawy, manekiny ubrane od stóp do głów w gustowne kreacje, a buty, torebki i rękawiczki miały w jednej tonacji. To był przez długie lata mój wzór elegancji. Wtedy też kupiłam za prawie całe kieszonkowe zamszowe czerwone kozaczki. Kiedy wróciłam do Złotoryi, nie było koleżanki, która nie zazdrościłaby mi tych butów. Chodziłam w nich całą zimę i przedwiośnie i żałowałam tylko, że nie mogę w nich pokazywać się okrągły rok :).

1989 rok to czas mojej matury i początków studiów. Choć byłam już wtedy pełnoletnia, niekoniecznie fascynowałam się polityką i nie przejmowałam nadmiernie przemianami ustrojowymi. Bardziej uważnie śledziłam zmiany społeczne i obyczajowe. I oczywiście ekonomiczne. Kiedy po raz pierwszy, będąc już na studiach w Poznaniu, zobaczyłam ludzi na ulicy niosących całe zgrzewki bobofrutów, zrozumiałam, że nastała nowa epoka :).

Taki to był mój PRL.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Felieton. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.