Znowu skończyły się święta

6 kopia

Skończyły się święta. Tak jak zwykle – szybko i niespodziewanie. Znowu okazało się, że zrobiłam za dużo sałatek, pierogów i uszek, niepotrzebnie kupiłam tyle mięsa, wędlin, serów i owoców. Dlaczego znowu psy i koty będą miały co jeść? Bo wpadłam przed świętami w pułapkę zastawiona przez wszystkich tych, którzy na tradycji robią sezonową kasę. Wkurza mnie to. Wkurza mnie moja niereformowalna naiwność. Wkurza mnie też całe to przedwczesne zamieszanie wokół Bożego Narodzenia i nowe świeckie tradycje z tym wszystkim związane:

1.  Kolędy, które śpiewa się już od początku grudnia.

2.  Reklamy, w których głupiemu tekstowi towarzyszy śpiew na kolędowa nutę.

3.  Święty Mikołaj, który zamiast 6 grudnia chodzi cały miesiąc. Dlaczego mało kto pamięta, że od choinką prezenty zostawiają Aniołki lub Gwiazdor? 

4.  Opłatki i wigilie branżowe oraz inne, które obchodzi się przed świętami, jak również po, co jest już dla mnie totalnym nonsensem.

 

Kilka lat temu napisałam krótki tekst do pierwszego numeru Echa, które wyszło właśnie w grudniu przed świętami. Teraz pozwolę go sobie przytoczyć, ponieważ najpełniej odzwierciedla moje poglądy na temat naszego świętowania, które szybko zmienia swoje oblicze. Czy na lepsze? Jako chroniczny malkontent, wątpię w to.

 Święta nasze powszednie 

Święta nam spowszedniały. Rozmyły się w szale zakupów, gorączce wypieków i ogólnym zamieszaniu wokół dzioba i żołądka. Z łezką w oku wspominać wypada lata kryzysu i sklepowej bryndzy, kiedy zapach cudem zdobytej kartkowej szynki tworzył bajeczną atmosferę świąt. Miłosiernie rzucone do sklepów pomarańcze były, niczym pierwsza gwiazdka w wigilię, widomym znakiem Bożego Narodzenia. I nawet nastroje mieliśmy inne. Ktoś sceptycznie doda: byliśmy młodsi. I na pewno będzie miał rację. Ale przecież nie tylko o lata tu chodzi. Mnie niepokoi coś innego – nie umiemy świętować. Może dlatego, że trudno wyciszyć rozdygotane nerwy po stresogennej pracy, a może nie potrafimy zwyczajnie, bez żadnego przymusu czy interesu rozmawiać z drugim człowiekiem. Święta to czas, kiedy przecież nie wypada być samotnym. Trzeba usiąść przy wspólnym stole, znaleźć miłe słowo by nadać mu formę życzeń, uściskać babcię, ciocię i kuzyna i…zafałszować pierwszą (tylko tę pamiętamy) zwrotkę popularnej kolędy. Potem przerwać niefortunną ciszę włączeniem TV. Ten poczciwy element domowej scenografii zawsze zapewni nam właściwy kontakt ze światem. I nie wymaga od nas elokwencji, empatii „i w ogóle niczego”. Mam wrażenie, że przedświątecznie studiowanie gazetowego wydania programu TV powoli wypiera układanie wigilijnego jadłospisu. Dwanaście potraw dla duszy znajdziemy bez trudu. To nic, że odgrzewane z poprzedniego roku lub sprzed lat dwóch. Przecież to, co znane podoba, się bardziej.

Można jeszcze wzbogacić świąteczny repertuar wizytą w kościele. Po gromadnie nawiedzanych super- i hipermarketach to kolejne miejsce, gdzie wypada w tym czasie bywać. Niestety, wiara też nam się rozdrobniła. Została tylko fasada, za którą kryją się – w najlepszym wypadku – tylko dobre chęci. Niech nie zwodzą nas pełne w tych dniach kościoły. Za tydzień wszystko wróci do normy. Znowu odetchniemy z ulgą, że następne Boże Narodzenie dopiero za rok.

 Żal mi tylko dzieci, że kiedyś dorosną a wtedy powiedzą: dawniej, to było lepiej.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Felieton. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.