Dzień, w którym wyszły szczury (przesiedlenia)

Dzień, w którym wyszły szczury

autor Mirosław Maciorowski

 
Tutejsi nie mogą zrozumieć, jak Polacy, którzy właśnie przyjechali ze wschodu, będą żyć w kamienicach z krowami i świniami

 Gleiwitz, 22 stycznia 1945 roku. Dworzec jest zatłoczony, obładowani bagażami ludzie wypełniają szczelnie poczekalnię i perony. Niektórzy, nerwowo gestykulując, kłócą się o miejsce. Od tego, gdzie będą stali, zależy, czy uda im się dostać do wagonu, gdy pojawi się pociąg. Ale są i tacy, co siedzą zrezygnowani przy bagażach i ze stoickim spokojem czekają na to, co będzie.

Elfriede i Phillip Siemko przyszli się zorientować, jakie są możliwości ewakuacji rodziny w głąb Niemiec. Rozpytują o to kolejarzy, służby porządkowe i czekających ludzi. Nikt nie wie, kiedy będzie pociąg. Mimo mrozu wszyscy jednak cierpliwie czekają.

Rosjanie zajęli już Kraków i ofensywa trwa. Za kilka dni będą na Śląsku. Nikt nie ma wątpliwości – ucieczka to jedyny ratunek.

Wojna do niedawna w Gliwicach była pojęciem abstrakcyjnym. Owszem, wszyscy wiedzieli, że się toczy, ale gdzieś tam daleko – na wschodzie i zachodzie. Każdy ją jakoś odczuwał, Elfriede i Philipp w ten sposób, że ich dwóch najstarszych synów – Reinhardta i Hansa – wcielono do wojska. A córkę Christę do Arbeitsdienst – służby pomocniczej.

Ale bomby na miasto nie spadały i nikt tu do nikogo nie strzelał. Życie toczyło się w miarę normalnie. Dopiero kilka tygodni temu nad miastem pierwszy raz pojawiły się bombowce. Zawyły syreny. Pozostała trójka dzieci Siemków – 14-letnia Renate, dziewięcioletni Josef, siedmioletnia Brygitte – była wtedy w szkole. Gdy nauczyciele usłyszeli syreny, przerwali lekcje i wszystkim dzieciom kazali wracać do domu. Rodzeństwo Siemków było w drodze, gdy bombowce kołowały nad miastem. Przestraszone w pośpiechu schowały się w Luftschutzkeller, jednym z wielu piwnicznych schronów. Przeczekały nalot i wróciły do domu.

Po wizycie na dworcu Elfriede i Phillip nie mają złudzeń – na ucieczkę nie ma szans. Mogą spróbować pieszo, ale siedmioletnia Brygitte ciężko zachorowała, ma zapalenie płuc, gorączkuje. Poza tym jest jeszcze babcia Rosalia, 83 lata, nie wytrzyma wędrówki w trzaskającym mrozie.

Zresztą babcia Rosalia krzyczy, że nigdzie się nie ruszy: – Tu, w Gleiwitz, jest mój dom. Zostanę i go popilnuję, ale wy uciekajcie, a jak się wszystko uspokoi, wrócicie – zachęca córkę i zięcia.

Elfriede decyduje: – Też zostajemy, niech będzie, co ma być.

Wychodit’ na ulicu!

Gleiwitz, 24 stycznia. Gwałtowny łomot w drzwi przerywa ciszę. To Ruscy. W mieście pojawili się już o świcie, ale przemknęli tylko przez osiedle i zniknęli. Przez kilka godzin był spokój.

Łomocą kolby karabinów. Elfriede i Phillip są przestraszeni, dzieci jeszcze bardziej. Brygitte, chyba nie do końca zdaje sobie sprawę, co się dzieje. Wciąż gorączkuje. Babcia Rosalia wydaje się spokojna. Gdy znów słychać walenie w drzwi, Elfriede idzie otworzyć. Teoretycznie Siemkowie nie powinni się bać. To katolicka rodzina. Phillip, tokarz w gliwickiej koksowni, jest człowiekiem ciężkiej pracy. Elfriede zajmuje się domem. Nigdy nie angażowali się w politykę, nie należeli do NSDAP, a w1933 r. nie głosowali na Hitlera, tylko na katolicką Partię Centrum.

Ale też, nie ma co ukrywać, jak większość Niemców docenili Hitlera. Nie można było nie dostrzec jego osiągnięć – pojawiła się praca, której wcześniej nie było, nieznane dotąd emerytury i system opieki. Obywatele czuli oparcie w państwie. A Elfriede dostała nawet Mutterkreuz, specjalny krzyż, który Hitler ustanowił dla matek wielodzietnych rodzin. Żyli spokojnie i dostatnio w swoim domku z ogródkiem na Erlengrund (Dolina Olch).

Niemieccy wypędzeni
Decyzje o wysiedleniu ludności niemieckiej z ziem zachodnich oraz Warmii i Mazur zapadły w sierpniu 1945 r. podczas konferencji w Poczdamie. Jeszcze przed konferencją doszło do wielu brutalnych akcji: „dzikie wypędzenia” prowadziły 2. Armia Wojska Polskiego, MO, UB i KBW.
Zorganizowana i usankcjonowana operacja rozpoczęła się na początku 1946 roku. Formalnie trwała do końca 1947 roku, ale w rzeczywistości wyjazdy organizowano do 1950 r. W tym czasie wysiedlono ponad 3,5 mln obywateli niemieckich. Szacuje się, że wcześniej podobna liczba samodzielnie uciekła przed Armią Czerwoną.
Liczba ofiar śmiertelnych wysiedleń często była przedmiotem manipulacji. Niektóre organizacje niemieckie utrzymują, że przekroczyła 2 mln osób, ale to zawyżona liczba. Naukowcy, m.in. wybitny historyk niemiecki Ingo Haar, szacują, że podczas wysiedleń Niemców z ziem przyłączonych do Polski śmierć poniosło ok. 400 tys. osób.
W 1948 roku na ziemiach zachodnich pozostawał blisko milion osób narodowości niemieckiej, które musiały przyjąć polskie obywatelstwo. 

Wojna wszystko zmieniła. Od początku byli nią przerażeni i za grosz nie wierzyli goebbelsowskiej propagandzie. „Jak w gazecie piszą, że na froncie zrobiliśmy krok do przodu, to oznacza, że naprawdę trzy kroki w tył” – komentowała Elfriede doniesienia prasy. Byli w rozpaczy, gdy do Wehrmachtu wcielono ich synów. 23-letni Renihardt jest sanitariuszem na froncie wschodnim, Hans, 17-latek, służy we Francji, w Rouen nad samym Atlantykiem.
- Muż doma? – pyta czerwonoarmista, który wchodzi do domu z dwoma żołnierzami, gdy Elfriede otwiera drzwi.

Elfriede trochę rozumie po rosyjsku, więc potwierdza, a po chwili z piwnicy wychodzi Phillip.

- Wychodit’ na ulicu – nakazuje mu żołnierz i każe oprowadzić się po domu.
Przeszukuje szafy i szuflady, patrzy pod łóżka. W sypialni na widok obrazu z Jezusem Chrystusem na chwilę przystaje i po krótkim momencie zawahania odruchowo żegna się trzy razy. Gdy są przy chorej Brygitte, Elfriede prosi go, żeby nie zabierał Phillipa: – Mąż jutro sam się zgłosi, dziś go nie bierzcie, bo nie wiem, czy nasze dziecko przeżyje do końca dnia.

Żołnierz nie reaguje. Jego uwagę przykuwa parciany worek, który widzi w jednym z pokoi.

- Czto eto? – pyta.

- Zioła, herbata. Parzymy i pijemy – wyjaśnia Elfriede. Czerwonoarmista chwyta worek i wychodzi. Phillip zostaje w domu.

Na ulicy stoi już kilkunastu mężczyzn wygarniętych z innych domostw. Jest sąsiad Siemków pan Labisch i jego zięć, pan Kern. Jest też Polak z naprzeciwka. Uciekł z żoną z Warszawy, gdy wybuchło Powstanie. W Gliwicach wynajęli pokój vis-a-vis domu Siemków, chcieli tu w spokoju doczekać końca wojny i wrócić do Warszawy.

Elfriede i Phillip widzą przez okno, jak Rosjanie zabierają gdzieś wszystkich mężczyzn.

Ta wojna nie przypomina poprzedniej
25 stycznia 1945 r. ziemia jest zmarznięta, kopanie w niej to męka. Ale kobiety z domów przy Erlendgrund jakoś ryją w ogródkach głębokie doły. Muszą pochować mężczyzn. Znalazły ich kilkaset metrów od domów. Rosjanie wprowadzili ich do niewielkiego wąwozu i rozstrzelali. Na całej ulicy tylko Phillip Siemko pozostał przy życiu. Pomaga sąsiadkom kopać. Pomagają w tym wszyscy z ulicy, nawet dzieci. Córka Siemków, Renate, kopie w ogrodzie sąsiadów.

Phillip myślał, że zna wojnę, w 1916 r. był pod Verdun. Wiele razy opowiadał dzieciom, jaka jest okrutna. Sam otarł się o śmierć. Był ciężko ranny, ale Bóg nad nim czuwał – przeżył. Tamta wojna była okrutna, ale Phillip pamięta, że jego dowódcy pilnowali, by żołnierze cywilom nie robili krzywdy. Był przekonany, że teraz obowiązują te same zasady. O tym, że tak nie jest, pierwszy raz pomyślał, gdy na urlop przyjechał Reinhardt. Syn opowiadał o tym, co się dzieje na wschodzie. Gdy Siemkowie poszli z nim w gości do sąsiadów, zwymyślał ich krewnego, służącego w żandarmerii polowej: – Wasza brutalność na wschodzie to zwykłe barbarzyństwo. Robicie złą robotę. Przez was ludność nas nienawidzi, a bez jej przychylności tej wojny nigdy nie wygramy! – krzyczał. Tamten tak się zdenerwował, że zagroził złożeniem na Reinhardta meldunku. Za defetyzm szło się wtedy pod ścianę. Elfride i Reinhardt z trudem załagodzili konflikt.

Phillip zrozumiał wtedy, że ta wojna nie przypomina poprzedniej. Ale na własne oczy przekonał się o tym dopiero dziś, gdy znaleziono ciała sąsiadów.
Kopanie trwa od rana, groby są już gotowe. U państwa Labischów trzeba było wykopać trochę większy, bo spoczną w nim razem pan Labisch i jego zięć – pan Kern. W ogrodzie naprzeciwko kończy kopać Polka.

Kupa gówna za łóżkiem

Gliwice, luty 1945 r. W całym domu strasznie śmierdzi. Odór wódki miesza się z zapachem stęchlizny i moczu. Meble zdewastowane. Na ziemi warstwa śmieci, w największym pokoju pod ścianą – kupa popiołu z pieca. Największy szok Elfriede przeżywa, gdy odsuwa łóżko, leży za nim mnóstwo zaschniętego ludzkiego kału.

Siemkowie dom opuścili kilka tygodni temu, bo Rosjanie postanowili w domach na całej Erlengrund urządzić swoje kwatery. Postawili u wjazdu na nią szlaban z wartownikiem i odtąd nikt oprócz nich nie miał tam wstępu.
Siemków przyjęli pod swój dach państwo Krotcy. Mieszkali niedaleko, mają duży dom i córkę jedynaczkę. Ale oprócz Siemków mieszkało tam jeszcze dwóch Rosjan – oficer z ordynansem. Zajęli dwa osobne pokoje. Oficer zażądał, by Elfriede mu gotowała. Jego ordynans, skośnooki chłopak z Kaukazu, jeździł po okolicy i kradł żywność. Przywoził drób, wieprzowinę, ziarno i mąkę. Oficer codziennie chciał bulionu, więc na kuchni ciągle bulgotał gar z mięsem. Ale dzięki żywności przywożonej przez ordynansa syci są także Siemkowie i Krotcy.

Po kilku dniach w nowym domu na rodzinę spadł cios. Władze kazały zgłaszać się do pracy wszystkim mężczyznom od 16. do 60. roku życia. Po tym, co wydarzyło się na Erlengrund, Elfriede i Phillip bali się najgorszego. Ale oficer ich uspokajał:

- Mężczyźni rozbiorą tylko fabryki, zapakują je do wagonów, a my wywieziemy je do Rosji. Potem wrócą do domów.

Phillip się zgłosił. Od razu go internowano, a potem, jak wszystkich innych Niemców, zapakowano do wagonów i wywieziono do Rosji.

Zdarzyło się jeszcze coś niepokojącego. Kilka dni temu sowieckiego oficera odwiedził polski żołnierz. Pili wódkę. Elfriede dowiedziała się od niego o jakiejś konferencji, która zakończyła się w Jałcie. Ustalono na niej, że wschodnie Niemcy będą przyłączone do Polski, a ludność niemiecka wysiedlona. Elfriede nie może w to uwierzyć: – Przecież to niemiecka ziemia.

Kilka dni po tej wizycie Sowieci wyprowadzili się z domów przy Erlengrund, Siemkowie mogli wrócić.

- Tu nie da się mieszkać, wracajmy do Krotkich – mówi Elfriede.
- Nie, to nasz dom. Trzeba go doprowadzić do porządku i mieszkać – nie zgadza się babcia Rosalia i bierze się do sprzątania.
Elfriede zaczyna jej pomagać.

Jak się odnajdziemy, jeśli wyjedziemy?

Gliwice, lato 1946r. Co drugi dom na ulicy stoi pusty. Niektórzy sąsiedzi uciekli, jeszcze zanim przyszli Rosjanie. Innych wysiedliły już polskie władze. Akcja trwa cały czas. Informują o tym plakaty rozwieszone w całym mieście. Ludzie rozważają decyzje o wyjeździe.

Siemkowie też się wahają. W grudniu 1945 roku, po dziesięciomiesięcznym pobycie na Kaukazie, do domu wrócił Phillip. W Gliwicach odzyskał dawną posadę w koksowni – znów jest tokarzem. Życie w mieście powoli się stabilizuje. Nikt na siłę Siemków z domu nie wygania. Decyzja o wyjeździe nie jest więc łatwa. Mieliby zostawić dorobek życia?

Elfriede i Phillip wiedzą już, jak to jest zaczynać życie na nowo. Gdy w1919 roku się pobrali, zamieszkali w Wirku, powodziło im się nieźle – mieli duży dom z ogrodem, urodziło im się pierwsze dwoje dzieci. Ale po plebiscycie w 1921 roku miasto znalazło się w Polsce. Większość Niemców przeprowadził się na niemiecką stronę, Siemkowie do Gliwic. Za pozostawiony majątek nigdy nie dostali rekompensaty.
Wtedy byli młodzi, pełni energii, dziś już mają swe lata. Nie chcą rozpoczynać życia w nowym miejscu, skoro nikt nie wygania ich ze starego.
I wciąż niepokoją się o starsze dzieci. Hans jest we francuskiej niewoli. Nie wiedzą, co się dzieje z Christą, która pracowała w służbie pomocniczej. Reinhardta koniec wojny zastał w Niemczech, dobrowolnie zgłosił się do Amerykanów, ale wzięli do niewoli samych oficerów, prostych żołnierzy przekazali Rosjanom. Trafił do obozu pracy na Syberii. Od całej trójki nie mają wiadomości.

- Listy muszą w końcu przyjść -ma nadzieję Elfriede. – A jak wyjedziemy, to je odeślą i jak się odnajdziemy?

Żadnych wątpliwości nie ma babcia Rosalia: – Nigdzie się nie ruszę, zostaję w swoim domu – zapowiada.

Wszędzie pełno odchodów

Gliwice 1947 r. – Szczur! Widziałem szczura!

- To nie do pomyślenia, u nas na ulicy nigdy ich nie było – Phillip jest wyraźnie wzburzony.

Szczury pojawiły się krótko po tym, jak do opuszczonych przez sąsiadów domów wprowadzili się polscy przesiedleńcy. Najpierw przyjechali ci z centralnej Polski i wtedy jeszcze szczurów nie było. Ale gdy do Gliwic zaczęły masowo przyjeżdżać transporty ze wschodu, ulica całkowicie zmieniła oblicze – dzisiejsza Olchowa z Erlengrund nie ma już wiele wspólnego.
Siemkowie i inni Niemcy nie mogli zrozumieć, jak Polacy chcą w miejskich domkach żyć z krowami, świniami i kurami, które przywieźli ze sobą. Gliwice to przecież nie wieś. Ale szybko w przydomowych ogródkach zaczęły powstawać drewniane budy, komórki i szopy. Właśnie w nich trzymają zwierzęta. Przechowują tam też karmę dla nich – odpadki żywnościowe, obierki po ziemniakach i ziarno. To wszystko stoi w wiadrach czasem po kilka dni, zanim zostanie zjedzone przez zwierzęta.

Po podwórku chodzą kury, które grzebią doły w ziemi. Wszędzie pełno odchodów. Gdy popada, kolorowe kiedyś od kwiatów ogródki przypominają błotne bagno.

Phillipa razi, że sąsiedzi są tak niezorganizowani. Jakby nie mogli sobie poradzić z własnym dobytkiem. Niektóre sprzęty domowe pozostawione w ogrodzie jednego dnia leżą tam przez kilka następnych. Domownicy jakby ich nie dostrzegali. Nie przejmują się, że pada na nie deszcz i niszczeją.

Zirytowany jest też porządkiem na ulicy. Gdy w zimie spadł śnieg, z chodników przed domami usunęli go tylko niemieccy gospodarze. Ale boją się Polakom zwrócić uwagę, bo przecież oni są tu teraz u siebie. Zresztą nie zachowują się wobec Niemców źle – są bardzo grzeczni, uczynni, nawet serdeczni. Konfliktów nie ma, ale przyjaźni też raczej nie -nacje trzymają się na dystans.

Elfriede i Phillip żałują, że nie zdecydowali się na wyjazd, bo z każdym dniem w rodzinnym mieście czują się coraz bardziej obco. Niedawno spadł kolejny cios – zmarł niemiecki ksiądz z ich parafii i zastąpił go Polak.
Jak mają się teraz spowiadać?
Ślubu nie będzie

Gliwice, 1948 r. – Nigdy w życiu nie pozwolę, żeby poślubił pan moją córkę – Elfriede mówi stanowczo, ale stara się być uprzejma i nie podnosić głosu. Jest wyraźnie skonfundowana sytuacją, w jakiej się nagle znalazła – naprzeciw niej stoi przystojny mężczyzna, który przed chwilą poprosił o rękę jej córki Renate. To Polak, repatriant ze wschodu. Siemkowie woleliby, żeby ich dzieci poślubiały wyłącznie Niemców.

Renate ma już 17 lat i nie jest w tej kwestii tak zasadnicza. Chodziła do polskiej szkoły, nauczyła się języka, zna wielu Polaków. Kazika poznała latem, podczas wakacji we Wrocławiu. Pochodzi ze Złoczowa w dawnym województwie tarnopolskim, jest nauczycielem. Gdy zapytał, czy mógłby odwiedzić ją w Gliwicach, zgodziła się i dała mu adres. Przyjechał szybciej, niż się spodziewała, już po dwóch tygodniach.
Jest nie mniej skonfundowany i oszołomiony niż Elfriede. Tak zdecydowanej odmowy się nie spodziewał. Ale nie nalega, tylko grzecznie dziękuje za wysłuchanie i wychodzi. Niemal od razu obrażony wyjeżdża z Gliwic.
Renate jest zrozpaczona, bardzo lubi Kazika, ale rozumie też mamę. Wie, że dla niej to człowiek z innego świata.

***
PS. Elfriede i Phillip Siemko nigdy nie zaadaptowali się w polskich warunkach. Wyjechali do Niemiec w 1957 roku podczas tzw. pierwszego łączenia rodzin niemieckich. Zamieszkali w Solingen (Nadrenia Północna-Westfalia), miejscowości, do której po plebiscycie w1921 roku wyjechała część rodziny.
Christa po zakończeniu pracy w służbie pomocniczej została w Niemczech i zamieszkała w Solingen. Zmarła w 1982 r.
W tym mieście do dziś mieszka też Hans, który z niewoli we Francji wrócił wprost do Niemiec.
Reinhardt Siemko z Syberii wrócił w 1950 roku. Zamieszkał w Reklinghausen (Nadrenia Północna-Westfalia). Zmarł w 1982 r.

Babcia Rosalia zmarła w 1948 roku w Gliwicach i tam jest pochowana.

Josef i Brygitte zostali w Polsce. Brygitte zmarła w Gliwicach w 1953 roku na chorobę Heinego-Medina jeszcze przed wyjazdem Elfride i Phillipa do Niemiec. Josef do końca życie mieszkał w Gliwicach, zmarł w 1990 roku.
Związek Renate z Kazimierzem przetrwał. Pobrali się w 1956 roku przy akceptacji jej rodziców. Zostali w Polsce, mają dwie córki. Kazimierz zmarł w 1994 roku. Renate mieszka we Wrocławiu, jest przewodniczącą Niemieckiego Towarzystwo Kulturalno-Społecznego.

***

Korzystałem z książek: „Obce miasto Wrocław 1945 i potem”, Gregor Thum, wyd. Via Nowa; „Wysiedlenia, wypędzenia i ucieczki 1939-59. Atlas ziem Polski” pod redakcją dr. Witolda Sienkiewicza i dr. Grzegorza Hryciuka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>