Domy w kratkę

Dziś zapraszam do wędrówki śladem starych chałup szachulcowych, jakie można znaleźć w okolicy naszego miasteczka. Podróż w sam raz na weekend.

Domy w kratkę

Stoją tylko dzięki sile przyzwyczajenia a wbrew grawitacji. Można je spotkać w każdej dolnośląskiej wsi. Relikty niemieckiej przeszłości nie zawsze wyglądają okazale czy imponująco. Wiele z nich straszy pustką okiennych oczodołów lub powalonymi dachami. O czym mowa? To domy szachulcowe, które potocznie nazywa się też pruskim murem. Czy słusznie?

Fachowcy twierdzą, że z tym nazewnictwem jest dużo kłopotu, więc nic dziwnego, że dla laika szachulcem jest każdy dom, który ma charakterystyczne czarne belki w górnej swej części (a dbając o poprawność, należałoby powiedzieć: ściany o konstrukcji słupowo-ryglowej). Są one zbudowane z pionowych słupów, belki zamykającej słupy od góry zwanej oczepem, belki zamykającej słupy od dołu zwanej przyciesią (podwaliną), poziomych rygli przecinających słupy oraz mieczy bądź zastrzałów. Wszystkie te elementy łączone są za pomocą łącz ciesielskich (do przełomu XVIII i XIX wieku na nakładkę (na płetwę) a potem na czop). Przestrzenie (pola) pomiędzy elementami konstrukcyjnymi wypełniane są na różne sposoby. Pierwszy – bardziej tradycyjny – to żerdki owinięte słomą zanurzoną w glinie i dodatkowo obrzucone z obu stron masą glinianą z dodatkiem słomy, plew i innych naturalnych wypełniaczy. Druga metoda to wypełnianie przestrzeni murem o grubości połowy cegły. W polskiej terminologii budowlanej przyjęło się ten pierwszy sposób nazywać szachulcem natomiast drugi – pruskim murem. Tę zasadę zaburza poradnik pt.:  „Budownictwo – wykład popularny zasad konstrukcyj budowlanych dla budowniczych, majstrów, przedsiębiorców budowlanych i samouków”, gdzie zamiennie stosuje się nazwę ściana ryglowa i szachulcowa, a tzw. pruski mur jest ścianą szachulcową wypełnioną cegłą. Czasami nie sposób odróżnić jednej metody od drugiej, ponieważ zwykle nie widzimy tego, co kryje się pod zatynkowana ścianą. A ściana taka tradycyjnie powinna być biała, co ładnie kontrastuje z czernią słupów i belek. Tu należy dodać, że styl malowania na biało-czarny kolor wykształcił się dopiero w XIX wieku. Wcześniej cała ściana zazwyczaj była biała.

Popularna wśród miejscowej ludności nazwa „mur pruski”, używana powszechnie do określania ścian słupowo-ryglowych o wszystkich sposobach wypełnienia, ma zazwyczaj wydźwięk negatywny i jest postrzegana przez miłośników śląskiego budownictwa tradycyjnego jako „nieelegancka”. Natomiast wśród tych osób coraz częściej funkcjonuje bardziej estetyczna nazwa „szachulec” do określenia wszystkich ścian słupowo-ryglowych,  nawet tych z polami wypełnionymi cegłą. Wyższość wypełnienia słomiano-glinianego nad murem z cegły nie dotyczy tylko estetyki, ale również funkcjonalności. Ten pierwszy sposób gwarantował mieszkańcom chałupy ciepło, bo słoma i glina lepiej izolują od chłodu. Warto nadmienić, że słoma służyła również jako pokrycie dachowe. Aż do XIX wieku chałupy kryto strzechą

Niewątpliwie szachulce są skarbem naszej ziemi, o czym mało kto wie, a na pewno nie mają o tym pojęcia sami właściciele. Dowód? Rzadko który dom szachulcowy ostał się w swej pierwotnej formie – bez wymiany stolarki okiennej, bez naruszenia bryły budynku, bez wielowarstwowego tynkowania, które niczym ubranie na cebulkę tylko dodało objętości ścianom. Dużą winę ponosi za to historia. Kiedy zaczęły się powojenne przesiedlenia, prawowici właściciele domów opuszczali je, udając się na Zachód. W ich miejsce przybyli Polacy z dawnych wschodnich kresów Rzeczpospolitej bądź mieszkańcy tzw. centralnej Polski. Zajmowali puste chałupy i zaczynali swoje nowe życie na ziemi, która była im obca, i w ich rozumieniu, dana tylko na chwilę. Czy w takiej sytuacji odczuwali potrzebę troski o miejsce, które może niedługo przyjdzie im opuścić? Czy my dziś chcemy inwestować w mieszkanie, które tylko wynajmujemy? Zaniedbane budynki zaczęły jak gąbka wchłaniać wilgoć a w konsekwencji pokrywać się pleśnią i grzybem. Mokry tynk pęczniał i odpadał. To nie wina konstruktorów, lecz niewiedza lub zaniedbania powojennych właścicieli. Niemcy, budując szachulce, nie stosowali ani izolacji poziomej ani pionowej. Aby zapobiegać wilgoceniu ścian, tworzyli system drenaży, przez które woda uchodziła do strumieni lub rowów. Nawet w piwnicach umieszczali małe studzienki, z których spuszczali wodę do niżej położonych miejsc na zewnątrz domu. Drenaże wtedy są skutecznie, kiedy regularnie sprawdza się ich drożność i w razie potrzeby czyści. Osadnicy najprawdopodobniej nie mieli pojęcia o tej technice i na skutki patrzymy obecnie.

Dlatego też trzeba się spieszyć, by móc jeszcze zobaczyć w stanie naturalnym, a nie w skansenie, uznane przez koneserów architektury, perełki wsi dolnośląskiej.  Proponuję w tym celu małą wycieczkę po okolicy, by nacieszyć oko domami w kratkę. Mam nadzieję, że przekonacie się państwo o urodzie starych chałupek, a przynajmniej ocenicie je z perspektywy znawcy tematu.

Z góry uprzedzam, że niektóre z opisanych poniżej domów są w stanie daleko idącego rozkładu i wchodzenie do ich wnętrza grozi śmiercią lub kalectwem. Mnie to nie przeszkadzało, ale do złego nie namawiam.

Najpierw jedziemy do Proboszczowa. To będzie taka mała rozgrzewka przed prawdziwą ucztą dla oczu. W połowie wsi, przy głównej drodze, nad samym potokiem, którego nazwy nie pomnę, stoi niepozorny budynek. Składa się tylko z jednej kondygnacji i wielkiego, dwuspadowego dachu z naczółkami. To budynek dawnej kuźni. Niestety, nie można już dziś smakować pełnej urody domu, bo ktoś usunął podcień, oparty na jednym słupie, będący przedłużeniem dachu od strony szczytu tuż przy głównych wrotach. Architektura tego budynku jest typowa dla XIX-wiecznych kuźni na Pogórzu Kaczawskim i Izerskim. Podobny znajduje się we wsi Marczów. Profanacją, w moim rozumieniu, są przyklejone do starych drzwi czy murów wątpliwej urody ogłoszenia i plakaty. Organizatorzy kursów na prawo jazdy pomylili dawną kuźnię ze słupami ogłoszeniowymi, a przecież różnicę widać gołym okiem: słupy są walcowate a kuźnia ma kanty. Opuszczamy Proboszczów, bo chociaż perełek szachulcowej architektury znaleźć tu można wiele, to zapach naturalnych nawozów, którymi wzbogaca się wyjątkowo obficie okoliczne pola, nie pozwala na dłuższą kontemplację.

Teraz pora na Twardocice. Tuż przy szosie stoją dwa niezwykłej urody domostwa. Oba raczej niezamieszkane. Pierwszy z nich wabi otwartymi drzwiami, ale wchodzenie do wnętrza może okazać się ryzykowne. Jeśli nie pogoni nas właściciel, o którym na razie nic nie wiem, to może spaść na głowę kawałek stropu. Lepiej podziwiać budynek z małego oddalenia, a widać wiele. Mamy przed sobą bardzo piękny XIX-wieczny budynek kryty łupkiem. Do niedawna szczytowa ściana wyglądała okazalej, jeszcze teraz widać ślady łupkowego zdobienia w biało-czarnych barwach. Ściany piętra mają konstrukcję słupowo-ryglową o bardzo interesującym, gęstym układzie słupów i rygli. Nietypowe zagęszczenie tych elementów konstrukcyjnych wygląda bardzo efektownie. Trzeba pamiętać, że gęstość i grubość elementów konstrukcyjnych w ścianie słupowo-ryglowej wskazywała na zasobność portfela gospodarzy. Często zbyt wąskie elementy szachulca były poszerzane poprzez poczernienie tynku wokół belek. Dom ten pierwotnie posiadał wieńcowe ściany izby dziennej, jednakże zostały one usunięte i zastąpione murem ceglanym z cegieł palonych i suszonych. Z pierwotnej wieńcowej izby dziennej zachował się tylko jeden fragment pomiędzy izbą a sienią. Budynek został wyposażony w piękny portal wokół drzwi wejściowych. Dziwić może obecność sklepienia krzyżowego w gospodarczej części pomieszczeń. To, co kojarzy nam się zwykle z kościołami lub zamkami, widniało nad łbami krów w oborze. Fachowcy twierdzą, że ten typ sklepień spotykany w wiejskich chałupach nie był żadną fanaberią gospodarzy, ale jedną z najłatwiejszych metod zamykania parteru.

Drugi budynek w Twardocicach to dom o naczółkowym dachu, pierwotnie przysłupowy z pięknie przyozdobioną łupkiem ścianą szczytową. Krycie łupkiem bądź szalowanie (obijanie) deskami ścian było sposobem zabezpieczenia od zacinających zachodnich i północno-zachodnich deszczy. Skoro już wspominam o budynku przysłupowym, wypada wyjaśnić i tę kwestię.  W XIV w. na terenie Pogórza Kaczawskiego jak i całych Sudetów dominowała zabudowa wieńcowa (zrębowa). Potem z terenu Łużyc przywędrowała technika przysłupowa jako odciążenie ścian o wieńcowej konstrukcji. Konstrukcja przysłupowa polega na posadowieniu dachu bądź pierwszego piętra budynku na systemie słupów opartych na cokole bądź dużych kamieniach. To sprawia, że dach i piętro nie deformują się pod wpływem kurczenia drewna i nie odchylają się ani od pionu ani od poziomu.

Kolejnym przystankiem w naszej rustykalnej wędrówce jest Sobota. Dojeżdżamy do wsi przez Twardocice i Dłużec (faktycznie długi). W Sobocie przy sklepie, naprzeciw ruin kościoła skręcamy w lewo. Żeby dojść do interesującego nas budynku, trzeba przebyć krótką drogę przez pałacowy park.  Drobna uwaga: jeśli nie zaczepią nas panowie przy sklepie, to na pewno uczyni to inny tubylec w parku. Nie ma się jednak czego obawiać, wszyscy są życzliwi i pomocni. Dom w Sobocie to wspaniały przykład przysłupowego budownictwa śląskiego. Tak twierdzą znawcy, bo dla laika jest to niebezpieczna w bliskim kontakcie ruina. Ściany są już wyraźnie przechylone, dach zwinął się do środka, a strop w połowie leży na ziemi, na której kiedyś była podłoga. Budynek z początku XIX wieku tworzy z obórką i stodołą zagrodę U-kształtną. Niewielkie rozmiary zabudowań gospodarczych oraz bliskość pałacowego parku wskazują na jakąś zależność gospodarzy od pałacu. Może mieszkał tam ogrodnik? Budynek poszerzony został o przybudówkę od tyłu na całej szerokości tworząc bryłę tzw. pana we fraku (co to jest? – wyjaśnię później). W izbie dziennej o ścianach wieńcowych można zobaczyć pozostałości charakterystycznych dla tych okolic wewnętrznych okiennic. Były one zsuwane i rozsuwane po specjalnie wyfrezowanych deseczkach. Okna przyozdobiono pięknymi koronami. Przy wejściu do sieni po prawej stronie widać małą wnękę w ścianie. To psia buda.

Porzucamy Sobotę i udajemy się do Górczycy, wsi, która, podobnie jak Sobota, leży w sąsiednim powiecie lwóweckim. I znowu nie musimy długo szukać, bo przy samej szosie widać porzucony budynek szachulcowy. Tradycyjnie do części mieszkalnej doczepione są pomieszczenia gospodarskie. Pod jednym dachem mamy stodołę, którą widać przez zdewastowane wrota i chlewik (dziś jego wspomnienie) oraz przestrzeń przeznaczoną dla gospodarzy. Z jednej części do drugiej przechodziło się z głębi sieni. Mieszkalna część budynku ma tradycyjny podział na sień, która przecina dom na przestrzał; izbę dzienną i alkierz (reprezentacyjną izbę sypialną). Izba dzienna miała cztery okna usytuowane na południowy wschód. Za alkierzem stawiano czasami tzw. czarną kuchnię z piecem chlebowym. Jej określenie pochodzi od koloru ścian, na których osadzał się dym z paleniska i sadza. Na pięterku sytuowano zwykle trzy pokoiki, dwa nad częścią mieszkalną, a jeden nad pomieszczeniami gospodarskimi. Były to letnie izby, bo nieogrzewane zimą. Z zewnątrz budynku można podziwiać ciekawą stolarkę okienną, a w górnej części korony (nie tak bogate jak w Sobocie, ale również ładne). Okna są zwyczajowo bardzo małe. O takim rozwiązaniu decydowały względy praktyczne. Małe okna to mniejsze zagrożenia ze strony wiatru i chłodu. Na koniec, jeśli ktoś ma trochę odwagi i opłaconą polisę na życie, może wejść do stodoły i od wewnątrz przyjrzeć się technice szachulcowej. Czas odsłonił wypełnienia konstrukcji i widać żerdki ze słomą obrzucone gliną. Pouczający widok.

To ciekawe rozwiązanie zaobserwować można w pełnej krasie przy okazji wizyty w Radomiłowicach. To kolejny etap wycieczki tropem szachulców. Jadąc pod górę, nieopodal danego PRG-u po lewej stronie, możemy dostrzec budynek z XVIII wieku. To najstarszy dom, który udało mi się odnaleźć w okolicy (o wieku tego domu można stwierdzić, patrząc na łączenia słupów metodą „jaskółczy ogon”). W porównaniu z poprzednim jest jakby jego miniaturką – to też dowód na wcześniejszy czas powstania chałupy. Obecnie jest w nim mała owczarnia, ale do lat 70. mieszkali tam ludzie. Patrząc na ten szachulec od strony szosy, widzimy ciekawą bryłę „pana we fraku”. „Frak” to parterowa dobudówka z osobnym dachem sięgającym samej ziemi. Wygląda to właśnie niczym poły fraka. Innym ciekawym detalem jest galeria – cecha charakterystyczna starszych szachulców. Obecnie rzadko można spotkać ten relikt przeszłości architektonicznej. Ale w radomiłowickiej chałupie nad portalem na wysokości pierwszej kondygnacji pyszni się drewniany balkonik. Cudem można nazwać to, że jeszcze nie spadł na ziemię, bo wygląda jakby był przymocowany jedynie na „słowo honoru”. Inny cud polega na tym, że dom w ogóle jeszcze stoi, bo kiedy obecny gospodarz w latach 70. przejął go wraz ziemią, władze nakazały zburzenie budynku jako nieprzydatnego i stwarzającego zagrożenie. Właściciel długo zwlekał z wypełnieniem woli państwa i, dzięki Bogu, do totalnej destrukcji nie doszło. Aczkolwiek hodowanie owiec w zabytkowej chałupie też nie jest dobrym rozwiązaniem. Ale lepszy rydz/owce niż nic!

Opuszczamy Radomiłowie i jedziemy do Bełczyny. Niedaleko wyjazdu w stronę Rząśnika skręcamy w prawo, w polną drogę idącą pod górę. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów mamy jak na dłoni widok na kolejny interesujący dom o ciekawej konstrukcji z innym niż wcześniejsze układem mieczy, zastrzałów i rygli (widać pracował nad nim cieśla o bogatej osobowości). Warto podziwiać ładne deskowania w szczytowej ścianie. Uwaga, ten dom jest obecnie zamieszkany i lepiej nie niepokoić gospodarzy. Przyglądamy się mu raczej z daleka, ale na tyle bliskiego, żeby zobaczyć, że szachulec został już zastąpiony cegłą. Tak później wypełniano ubytki między ryglami. Stojąc z przodu domu, podziwiamy półokrągłe zwieńczenia portali, które w górnej części mają ładnie wyeksponowany zwornik (co ciekawe, zachowane wejście prowadzi do obory, można się domyślać, jak piękny portal prowadził do części mieszkalnej). Charakterystyczna dla starych domów jest trójkątna korona nad oknem. Taką mamy okazję i tu zobaczyć. Dom jest najbardziej okazały ze wszystkich do tej pory widzianych. Mieszkał tu zapewne majętny gospodarz. Świadczą o tym budynki gospodarskie, które stanowią osobne zabudowania o pokaźnych gabarytach. Pewnie mieściły niegdyś znaczne ilości słomy czy siana. Notując to wszystko w pamięci, żegnani przez ujadanie psa, udajemy się w dalszą drogę.

Ostatni przystanek na trasie to Rząśnik. Wracamy zatem na ziemię złotoryjską i zatrzymujemy się naprzeciw ruin barokowego pałacu. Tu zwracamy uwagę na dom stojący przy samym zakręcie. Łatwo go zauważyć, bo jest naprawdę efektowny. Wybieramy go z powodu ciekawego deskowania ściany szczytowej i szalowania ściany ryglowej. Takie szalunki chroniły od zacinającego deszczu.  Znowu patrzymy z podziwem na portal. Tym razem nadproże nie jest półkoliste a proste. Widać wpływy nowej mody. Małe okienka są głęboko osadzone, co świadczy o grubości doklejanego muru. Całość prezentuje się iście bajkowo. Zupełnie inaczej niż sąsiedni budynek, w którym gospodarze wstawili wielkie plastikowe okna na parterze, zaburzając w ten sposób bryłę domu i nadając mu nowobogacki charakter i jednakowoż daleki od oryginału.

Na tym kończymy naszą wycieczkę objazdową po okolicy bliższej lub dalszej. Jeśli nie mamy teraz ochoty porzucić naszej wielkiej płyty lub nowoczesnych willi i przenieść się na wieś do szachulca sprzed wieku, to znaczy, że wyprawę należy powtórzyć. Tym razem z bardziej otwartymi oczami.

Autorka składa serdeczne podziękowania panu Witoldowi Podsiadle z Radomiłowic – niestrudzonemu przewodnikowi po tajnikach wiejskiego budownictwa. Jego cierpliwość do niżej podpisanej i wiedza, którą posiada, niech będą mu po stokroć wynagrodzone.

Iwona Pawłowska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuł - Echo Złotoryi, Reportaż. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.