Corpus delicti

Poranki podczas ferii mają zupełnie inny smak. To miłe, kiedy wiem, że budzik, nie jest sygnałem do startu dla mnie, tylko dla mojego Męża.  A ja jeszcze mogę pozwolić sobie na luksus dośnienia kilku scen, które podsyła mi zwichrowana podświadomość, zaanektować drugą część łóżka, opatulić się już w całą kołdrę i położyć głowę aż na dwóch poduszkach. Wiem, za kilka dni, to się skończy, przypomnieli mi to dziś znajomi: „co, jeszcze niecały tydzień ferii?”. Ale dopóki są, korzystam, jak dziś, kiedy poszłam moczyć buty i odmrażać ręce w ogrodzie w śniegu, bo wpadłam na myśl, że na pewno mróz zostawił po sobie ślady, które trzeba uwiecznić. Corpus delicti swej nocnej hulanki. I dobrze, bo buty wyschły jeszcze zanim zjadłam śniadanie, ręce rozgrzałam herbatą z imbirem, a zdjęcia lodowych diamentów zostaną i będą cieszyć moje oczy, kiedy już przyjdzie odwilż. Bo to jest właśnie magia zdjęć. Nic tak nie utrwala wrażeń jak fotografie.

Kapuściński pisał: „Fotografować wszystko. Wszystko, co żywe i martwe, żeby po prostu zatrzymywać.” I ja to robię. Nie dla sztuki, bo do tego trzeba talentu i pracy. Nie dla pieniędzy, bo do tego trzeba przedsiębiorczości, talentu i pracy. Robię to dla siebie, bo to mój notatnik, dziennik, gdzie bez słów piszę swoją opowieść, swój zachwyt światem. Może dlatego na moich zdjęciach jest tak mało ludzi, bo jeszcze nie nauczyłam się zachwycać człowiekiem? Bo człowiek jest bardziej skomplikowany od kryształu lodu albo śniegowej gwiazdki? A może większą sztuką jest mieć cierpliwość do człowieka niż do płochliwego motyla? Nie wiem. Może kiedyś skieruję swój obiektyw na ludzi. O ile starczy mi czasu i odwagi. Bo fotografowanie człowieka to coś więcej niż naciśnięcie spustu migawki, to przekroczenie granicy intymności. A przecież nie z każdym się chce tę granicę przekraczać 😉.

Wiem, że po latach na portrety patrzy się inaczej niż na pejzaże sprzed lat. Kilka dni temu w moje ręce wpadły fotografie rodzinne mojej mamy. Zdjęcia sprzed więcej niż pół wieku. Sentymentalne obrazy będące zapisem historii rodziny. Portrety ludzi, których już dawno nie ma, ale ich historie są wciąż żywe. Nie dlatego, że są unieśmiertelnieni na zdjęciu, ale dlatego, że ta pamięć jest w nas. Zdjęcia ją tylko wskrzeszają, odświeżają, przywołują. Jednak kiedy zabraknie tych, którzy są w stanie opowiedzieć o ludziach ze zdjęcia, fotografia już tylko będzie starym portretem, niczym więcej.

 Może dlatego wolę pejzaże, dla których gotowa jestem moczyć buty i odmrażać ręce 😊.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.