Jak dostać kota?

Dziś dzień kota. Nie jestem jakąś zwariowaną kociarą, ale te zwierzęta towarzyszą mi prawie od zawsze. Najpierw jako małej mieszkance wiejskiego domu, a teraz dorosłej lokatorce domu na przedmieściu. W dzieciństwie byłam współwłaścicielką kota Mruczka, który niespodziewanie okazał się płcią niebrzydką i dość szybko powił liczne potomstwo. Od tego czasu był Maciusiową, a na dodatek pełną daru cierpliwości maskotką, którą woziłam w dziecięcym wózku, uprzednio ubrawszy w swoje stare ciuszki. Maciusiowa, choć poddawana cyklicznie torturom tegoż wożenia, żyła bardzo długo i chyba szczęśliwie ku uciesze małej Iwonki.


Oprócz żywego, czyli prawdziwego kota miałam oczywiście kota pluszaka – czarnego dodam, z którym chętnie pozowałam do fotografii robionych przez tatę. Miałam też torebkę w kształcie kota, w której to ukryłam ptasie jaka – o czym kiedyś już pisałam – a potem, gdy zalęgły się w niej robale z zepsutych jajeczek, wyrzuciłam ten komplet na śmietnik.
W życiu dorosłym, od kiedy mieszkam na przedmieściu, koty, podobnie jak i psy, żyją wraz z nami. Niestety, koty i psy żyją jakby osobno, bo ich bliskie spotkania grożą śmiercią. Dlatego ze sceptycyzmem patrzę na obrazki, na których kot łasi się do psa albo pies bawi z kotem. U mnie to nie przejdzie. 
Pamiętam, że jednego z moich kotów dostałam w szkole od ucznia. Był to początek mojej pracy. Uczyłam wówczas w technikum i właśnie uczeń jednej z tych klas przyniósł mi do szkoły ten żywy prezent. Do tej pory nie wiem, czy był to dowód sympatii czy przejaw złośliwości. Faktem jest, że tego kociaka musiałam jakoś przewieźć autem do domu. Pamiętam jak dziś tę podróż przez złotoryjskie ulice, gdy kocisko wlazło mi na ramię i wbiło swoje pazury w moją skórę. Żeby nie tracić panowania nad kierownicą, zrzuciłam z siebie tego drapieżnika, by za chwilę go poczuć pod pedałem sprzęgła. Trudna to była jazda, długa i bolesna. Chyba dla obu stron. Tego kota nazwałam Schumaher (słynny wówczas kierowca wyścigowy), bo uwielbiał się kryć pod autem, może dlatego, że poznał samochód od środka podczas też słynnej podróży z pracy do domu. Nadmienię tylko, że ten, który mi kota podarował dwa lata później nie zdał matury z polskiego. Nie żebym była pamiętliwa 😉 po prostu tak wyszło.
Inny kot, który zapadł mi w pamięć to czarna Milady. Piękna kocica, wyglądała jak czarna pantera w miniaturce. Dostojna i pełna wdzięku. Do czasu aż stoczyła bitwę z innym drapieżnikiem. W konsekwencji Milady, zwana potocznie Milejdą straciła jedno oko, ale nic ze swej dostojności i wdzięku. Milejda potem miała córkę Negri, tak samo czarną i piękną jak ona sama.
Jeśli chodzi o imiona kotów, to musiałam wykazywać się kreatywnością, bo prokreacja wśród moich kocic była nieograniczona. Do czasu. O czym za moment.
Dlatego kiedy brakowało mi już weny twórczej, posiłkowałam się literaturą. Kiedy jedna z kocic powiła trzy kocięta, ochrzciłam je Cyprian, Kamil i Norwid. Problem pojawił się wtedy, kiedy okazało się, że Cyprian i Norwid to dziewczyny. Pojechałam wtedy do weterynarza, by je wysterylizować, bo…bo brakowało mi już pomysłów, jak nazywać kolejne.. A weterynarz zapytał o imiona kotów, by wpisać je do książeczki. Kiedy mu podałam dane, zapytał: to pani chce sterylizować czy kastrować. Chwilę trwało, zanim zrozumiał, że te imiona nie mają nic wspólnego z płcią kotek. Ale ten jego wzrok, gdy patrzył na mnie i pytał: “pani to chyba lubi poezję”, zapamiętam na długo.
Dodam, że kilka dni po sterylizacji moje dwie kocice obraziły się na mnie i uciekły z domu. 150 zł. razy dwa poszły w nieznaną.
Długo na pewno będę pamiętać Ryżego, kota biało-rudego, który tak mnie kochał, że wybiegał na podwórko, kiedy słyszał, że nadjeżdżam do domu. To był jeden z nielicznych moich kotów, któremu pozwalałam spać w domu. Uwielbiał łazienkę, a szczególnie umywalkę, w której zwinięty w kłębek kochał spać. I był mocno niepocieszony, gdy chcieliśmy używać umywalki do innych celów niż jego legowisko. Kiedyś mu nawet zrobiłam zdjęcie, gdy tam leżał i umieściłam na słynnym wówczas portalu Nasza Klasa. Jakie było moje zdumienie, kiedy okazało się, że ktoś skradł tę fotkę z internetu i wysłał ją do TVN w Dniu Kota, by się pochwalić niespotykanym ujęciem.
Dziś też towarzyszą mi koty. Tak się składa, że oprócz swoich, karmię też tak zwane cudzesy z okolicznych domków, które przychodzą w odwiedziny do moich. Czasem już nawet nie wiem, który to mój, a który sąsiada. Ale przecież wszystkie koty są nasze 😉. Szczególnie w taki dzień.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.