Co widać poprzez łzy


Taka sytuacja: Moje studentki Uniwersytetu Trzeciego Wieku i ja plenerujemy nad stawem osadowym. Jest mroźno, ale słonecznie. Drepczemy powoli, czujnie rozglądając się po lewej i prawej. Jako, że moje fotografki już znają się na robieniu zdjęć, ograniczam swoją rolę do wyszukiwania co ciekawszych obiektów, by ująć je aparatem (chociaż bez tego też panie by sobie poradziły). Dlatego wypatruję sumiennie atrakcyjnych elementów natury i wołam: Proszę zobaczyć, jaka ciekawa kałuża! O, jakie ładne igiełki lodu na tej trawie! Cudowne chmury nad nami!….


I sobie idę, drętwiejąc lekko od mrozu, a panie za mną, ale są tak zajęte robieniem zdjęć, że chyba nie czują zimna. Ręce mają pełne roboty, bo wszystko wydaje się piękne i godne zapisana na karcie pamięci. Moje dłonie coraz bardziej tracą czucie, bo to akurat są jedyne końcówki wrażliwe na chłód, a robienie zdjęć w grubych rękawiczkach jest sprzeczne z ergonomią 😊.
Z oczu leją mi się łzy, bo tak reaguję na mróz, zatem coraz słabiej widzę i coraz częściej sięgam po chusteczkę do nosa. Ktoś mógłby powiedzieć, widząc moją zalaną łzami twarz, żem tak wrażliwa na urodę natury. 
I tak przez łzy widzę na łące siedzącego łabędzia. Wołam najbliżej mnie idącą panią, by spojrzała w prawo: proszę zobaczyć, łabędź na trawie! Pani wyciąga aparat w stronę ptaszyska i próbuje spomiędzy drzew wyłuskać przestrzeń, która ukaże jej łabędzia w całej krasie. Zastanawia się nawet, czy nie przejść przez gęstwinę, ale rów z wodą skutecznie ją powstrzymuje. Robi zdjęcie i podchodzi do mnie, skarżąc się, że wyszło niewyraźnie. Rzeczywiście łabędź jest trochę rozmyty. Pocieszam, że z innego miejsca może wyjdzie lepiej. Za chwilę słyszę, jak mnie woła: Iwonko, zobacz, to nie łabędź, to biały worek na tym polu leży! Strzepuję z oczu łzy, przyglądam się uważnie…rzeczywiście to porzucony przez kogoś worek a obok wbity w ziemię kołek robiły mi z daleka za łabędzia. Śmiejemy się obie z tej pomyłki i łzy już płyną mi nie tylko z zimna, ale i z rozbawienia.
W tym samym czasie w okolicy domniemanego łabędzia pojawia się zając. Prawdziwy, co obie potwierdzamy jednocześnie. Ale nam już tak się trzęsą brzuchy i ręce ze śmiechu, że nie mamy czasu go sfotografować.
Idziemy dalej. Nie spuszczam oczu z łąki i za chwilę znowu wołam: Proszę zobaczyć, ile tutaj leży tych białych worków!
Moja towarzyszka podchodzi do mnie, patrzy we wskazanym kierunku i mówi: Iwonko, tym razem to łabędzie!
I wtedy przypomniała mi się historia sprzed wielu lat. 
Stoję w łazience i przez okno widzę na konarze pobliskiego drzewa wiewiórkę. Wołam syna: Maks, chodź tu szybko, wiewiórka w ogrodzie.
Maks przybiega i oboje stoimy w oknie, podziwiając tę wiewiórkę. Po chwili wiewiórka …rozwija skrzydła i odlatuje.
Bo w życiu jest tak, że czasem widzimy to, co bardzo chcemy zobaczyć. Nawet, a może szczególnie, poprzez łzy 😊

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.