Szkoda…

Złodziej, który częściowo ogołocił mój dom z najcenniejszych dla mnie przedmiotów, został złapany. Moja radość nie miała granic do momentu, kiedy dowiedziałam się, co udało się przy nim znaleźć. Dziś odzyskałam część skradzionych rzeczy. Dokładniej pół pary mężowskich spinek do mankietów, ale, jako że mój Mąż nie jest jednoręki, znalezisko nie przedstawia dla niego już żadnej wartości. Podobnie jak moje buty do biegania, które dobre czasy mają już dawno za sobą. Zresztą po co mi buty do biegania (pytam: po co one były złodziejowi?), skoro bieganie już wyszło mi bokiem, a konkretniej w kolanie 😉

Przy okazji odzyskiwania fantów dowiedziałam się, że skradzione nam książki(!) ten popapraniec wyrzucił do jakiegoś kubła. Zapewne zorientował się, że zwierają litery a nie obrazki.

O reszcie fantów nie chciał się wypowiadać. Chroni go tajemnica służbowa (na fejsbukowym profilu ma opis: „własna działalność”). A policja nie ma w repertuarze przypiekania ogniem. Szkoda – wypada westchnąć i liczyć na przywrócenie kary śmierci za pasożytnictwo społeczne.

Szkoda też, że skończyły się czasy łamania kołem, stosowania hiszpańskich butów, prozaicznego ucinania kończyn czy subtelnego wyrywania paznokci.

A może wystarczy furia okradzionej kobiety? Niech no tylko go spotkam…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.