Bo blond to blond

Mam taka obsesję od pewnego czasu. Patrzę ludziom na włosy. Konkretnie przyglądam się włosom kobiecym, bo mężczyźni w tej kwestii mniej mnie interesują. Patrzę na krótkie fryzurki, szukając inspiracji, a na długie z nieukrywaną zazdrością. Liczę, ile miesięcy musiałabym jeszcze czekać, by moje odrosty sięgnęły ramion i czy w ogóle warto na to tracić czas? Wybór miedzy krótkimi włosami a dłuższymi to dla mnie dylemat czy być silną czy kobiecą, bo z kobiecością kojarzą mi się długie kosmyki. Oczywiście znam wiele kobiet, których krótka czupryna nie ujmuje powabu, a wręcz przeciwnie – jednak ja, ku memu smutkowi, do nich nie należę.

To, co mam na głowie, traktuję jako formę przejściową, zło konieczne i wiem, że nie czuję się sobą. Zresztą nie tylko sama siebie nie poznaję, ale też bliscy i znajomi mają ze mną podobny problem. Kilka tygodni temu, kiedy już zrezygnowałam z noszenia peruki, moja mama, otwierając mi drzwi, stwierdziła: „wiesz, po płaszczu cię poznałam”. Problem z moim rozpoznawaniem mają też inni. Już przyzwyczaiłam się do irytującego zdania: „nie poznałem/nie poznałam cię”. Jakby to włosy o wszystkim, kim jestem, decydowały.

Ostatnio nawet odbierając telefon od cioci, usłyszałam: nie poznałam cię. Już chciałam odpowiedzieć: „bo nie mam peruki”, ale w porę uświadomiłam sobie absurd tego, co zamierzałam.

Krótkie włosy miałam w dzieciństwie, kiedy strzyżono mnie „na Kopernika”. To była najwygodniejsza i najmodniejsza forma unisex, którą dzieciaki nosiły w latach 70. na głowie.

Fryzura nie wymagała zabiegów salonowych, wystarczyło mieć ostre nożyczki w domu i wprawna ręka taty lub mamy nadawała pożądany efekt dziecięcej głowie, czyli stylizację „od garnka”.

Potem przyszła samoświadomość i potrzeba wyglądania „jak dziewczynka”, stąd konieczność zapuszczania włosów. Rodzice już tylko podcinali grzywkę, reszta rosła jak rabatka w stylu angielskim. Pamiętam, że kiedyś tato za mocno przyciął mi grzywkę i zanim osiągnęła ponownie przepisaną długość, chodziłam ze zmarszczonym czołem, by optycznie wydłużyć to, co nad brwiami.

Z włosami eksperymentowałam od późnej podstawówki, kiedy przyszedł okres Sturm und Drang w moim życiu. Nie tylko szyłam sobie wtedy dziwaczne spodnie lub wstążeczkowe spódnice czy farbowałam koszulki, ale też rozjaśniałam włosy. A rozjaśniałam tym, co było najtańsze. Wtedy nie liczyło się, jakim innym kosztem, poza materialnym, to robię. Do blond potrzebny był perhydrol, czyli wysoko stężona woda utleniona. To nic, że na głowie było siano, ale skoro w niej też, wszystko było w porządku. Potem przyszła fascynacja odlotowymi kolorami. W ruch szły kolorowe lakiery do włosów: żółty, zielony…Po kilku latach – cud, że jeszcze miałam włosy – nastąpiła moda na trwałą ondulację. Loki robione na całej długości nie należały do najtańszych w zakładzie fryzjerskim, zatem robiło się je w domu, niebyt fachowo, ale skutecznie. Skutecznie też zasmradzało się mieszkanie zgniłymi jajami, bo taki zapach miał płyn do trwałej.

Z macierzyństwem przyszło opamiętanie i coraz delikatniejsze zabiegi na głowie, ale farbowanie na blond weszło mi w krew na tyle, że obrażałam się na dowcipy o blondynkach – tak się z nimi identyfikowałam. Jak mantrę powtarzałam, że blond to kolor, a nie stan umysłu. Co prawda ten blond rozgrzeszał mnie w wielu sytuacjach totalnej klapy intelektualnej.

Kiedy zawodziła logika, alibi miałam na głowie.

Czasem nachodziła mnie ochota, by sprawdzić, czym zastąpić blond. Pamiętam, że kiedyś – a był to czas samodzielnego niszczenia włosów – kupiłam sobie farbę, na której napisane było „średni blond”. Po nałożeniu jej na włosy, z przerażeniem stwierdziłam, że niedaleko mi do brunetki. Wyglądałam jak ktoś inny. A na nieszczęście za dwa dni miałam jechać z młodzieżą na wycieczkę do Pragi. Wtedy jeszcze obowiązywały paszporty, bo to było przed naszą erą, i bałam się, że skrupulatni Czesi nie wpuszczą mnie do swego kraju. Znałam ich bezkompromisowość w sytuacji, kiedy zdjęcie różniło się od oryginału.

Co się stresu najadłam, to moje. Wyobraźnia mi podsuwała obraz, w którym cała wycieczka jedzie do Czech, a ja samotnie czekam na jej powrót na granicy.

Na szczęście Czesi okazali się całkiem wyrozumiali i wszystko skończyło się tak, jak powinno.

Więcej jednak ze „średnim blondem” nie eksperymentowałam.

Dziś okazuje się, że blondynką nie jestem. Mąż, kiedy zobaczył moją odrastającą po operacji szczecinę, stwierdził, że oszukiwałam go całe małżeństwo, bo ożenił się przecież z blondynką.

A ja myślę, że ten blond we mnie został. Przynajmniej mentalny. Ostatnio jechałam rowerem i zatrzymał się koło mnie kierowca. Pytał, czy dojedzie tędy do Uniejowic. Przytaknęłam i zaczęłam mu klarować, którędy powinien tam dotrzeć. „Pojedzie pan w lewo” – mówię i wyciągam wręcz przeciwną rękę. „Nie, ta jest prawa, a pan pojedzie odwrotnie” – dodaję. „Potem pan skręci znowu w tamtą stronę” – tym razem już nie nazywam kierunku, tylko pokazuję ręką. „A potem pojedzie pan prosto do skrzyżowania, gdzie znowu pan skręci w tę samą stronę, co wcześniej”.

Kierowca odjechał, a ja zaraz, na chłodno zaczęłam sobie analizować, co powiedziałam i mocno przyspieszyłam, by w razie czego mnie nie dogonił, aby powiedzieć, co o mnie myśli.

Tak, blond to blond. I tyle.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.