“Dlaczego ja?”, czyli przygody rowerzystki

Kiedy wsiadam na rower, rzadko mam sprecyzowane plany odnośnie trasy. Wszystko zależy od mojej kondycji, pogody, a szczególnie siły i kierunku wiatru. Jazda pod uporczywy wiatr to mało przyjemne doznanie. Jednak czasem trzeba i taki wysiłek podjąć, by potem, po kilkunastu kilometrach walki z naturą wracać, wykorzystując jej siły. I tak też wczoraj zrobiłam. Jechałam sobie z mozołem pod niewielkie wzniesienie w jednej z pobliskich wiosek, kiedy patrzę, a tu po przeciwnej stronie chodnikiem idzie rowerzysta, starszy mężczyzna pcha swój rower.

Przyjęłam to ze zrozumieniem, wiedząc, że nie wszyscy lubią wysiłek. Po chwili na małym wypłaszeniu mężczyzna wsiadł na swojego żelaznego rumaka i momentalnie wylądował na krawężniku obok i roweru i zbitej butelki, jak się później okazało, piwa. Podjechałam do człowieka, który rozpłaszczony zajmował przestrzeń i ulicy i chodnika, obficie krwawiąc z głowy. Zatrzymałam się, by zapytać, czy potrzebuje pomocy. Mężczyzna próbował zmienić pozycję horyzontalną na bardziej wertykalną, ale nie szło mu to zupełnie. Podobnie jak nawiązanie kontaktu słownego. Za to zdecydowanie obficie szła mu krew. Uznałam, że jednak trzeba będzie wezwać pomoc. Utwierdził mnie w tym przekonaniu inny rowerzysta, który za chwilę nadjechał. Kiedy zobaczył, że dzwonię po karetkę, odjechał, bo -jak twierdził, bardzo się śpieszył. W chwili, kiedy próbowałam się połączyć z numerem 112 obok mnie i leżącego faceta przejeżdżało kilka samochodów. Niektóre przyspieszały, rozgniatając kołami szkło z rozbitej butelki, inne zwalniały, by ich kierowcy mogli obejrzeć dokładnie widowisko. Zatrzymała się tylko jedna kobieta i zapytała czy dzwonię po karetkę. Kiedy potwierdziłam, odjechała. A ja w tym czasie prowadziłam pasjonujący dialog z dyspozytorem, tłumacząc miejsce zdarzenia. „To jest wieś X między Złotoryją a miastem Y” – wyjaśniam rozmówcy (oczywiście zamiast X i Y podaję właściwe nazwy). „Nic mi to nie mówi” – odpowiada człowiek po drugiej stronie. „Proszę podać numer drogi.”  „Nie znam numeru, podam panu, co jest napisane na słupku. 17 i 1” – klaruję zdyszana, bo biegnę do najbliższego słupka i zaraz wracam, gdyż facet z rozwaloną głową niebezpiecznie wysuwa się na jezdnię. „OK. To siedemnasty kilometr drogi ….(tu pada oznaczenia)” – wzdycham z ulgą, że jakoś mnie zlokalizowali, by za moment usłyszeć: „Łączę panią z dyspozytorką.” Po jakimś czasie odzywa się kobieta, której dokładnie to samo tłumaczę, co poprzedniemu rozmówcy. Słyszę: „Proszę wyjąć apteczkę z samochodu i opatrzeć ranę poszkodowanemu.” Nie mam apteczki, bo jechałam rowerem.” – wyjaśniam. „To proszę tam stać do przyjazdu karetki i pilnować, by nikt nie najechał na poszkodowanego.” – słyszę i liczę, że karetka szybciej dotrze ze Złotoryi do wsi niż ja na rowerze. W tym czasie podchodzi młody mieszkaniec wsi i pomaga mi leżącego przesunąć w bardziej bezpieczne miejsce – na chodnik. Sprzątamy też rozbite szkło, bo też stwarza zagrożenie. Za chwilę obok nas zatrzymuje się auto. Okazuje się, że to też tutejsi. Mężczyzna pomaga posadzić faceta, a jego żona krzyczy: „Nie ruszaj go, bo może jest połamany”. Istny cyrk. Chusteczki higieniczne, które miałam w kieszeni, lądują zakrwawione na chodniku. Facet krwawi jak zarzynane prosię. A karetki nie ma. Rowerzysta siedzący już z pomocą sąsiada (podpiera mu nogą plecy) próbuje wstać. Krzyczę, by tego nie robił. I czekam na upragnioną pomoc, budząc przy okazji zainteresowanie przejeżdżających drogą. Po kilkunastu minutach zbliża się do nas kobieta. Mężczyzna, który pomaga mi pilnować rowerzystę mówi: „Oho, idzie jego żona.”

Kobieta z energią, która graniczy z furią dopada ofiarę. „Ty gnoju, doigrałeś się. Mówiłam, żebyś siedział na dupie…” Słowotok płynie sobie szeroką falą, a ja wypatruję karetki, która mogłaby zakończyć ten event. Co jakiś czas zerkam na rowerzystę, by nie próbował podnosić się z chodnika, krzyczę na niego, gdy wykonuje dziwne manewry, które jeszcze bardziej nasilają krwawienie. Wychodzi na to, że krzyczymy na niego obie – ja i żona. Każda z innego powodu. Zerkam na zegarek. Gdzie ta karetka? Do uszu zamiast syreny ambulansu dochodzi mi kolejna tyrada żony krwawiącego: „Mógłbyś się przynajmniej zabić na śmierć, byłby spokój. A w ogóle to gdzie są pieniądze?” – odwracam wzrok od szosy i patrzę, jak druga połówka ofiary wypadku przeszukuje mu kieszenie zakrwawionej kurtki. To już zaczyna mnie irytować. Mam wrażenie, ze znalazłam się na planie „Ukrytej prawdy” lub „Dlaczego ja?”

Po półgodzinie od rozmowy z dyspozytorką uświadamiam sobie, że jest po 19. a ja mam do domu ponad 20 kilometrów. Zostawiam faceta w towarzystwie gderającej żony i sąsiadów, którzy zapewniają mnie, że będą pilnować rowerzysty do przyjazdu karetki. Dziękują, że i tak dużo pomogłam.

Odjeżdżam w kierunku domu pchana już przez wiatr, licząc, że jeśli nie daj Boże mnie coś się przydarzy w podróży, to po pierwsze ktoś się zatrzyma, by mi pomóc, a nie tylko obejrzeć zdarzenie, a po drugie karetka dotrze szybciej na miejsce niż w tym przypadku. Odstukać….

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.