Czuję to w kościach

Czuję to w powietrzu i w kościach – lato się kończy. Niech was nie zmyli ciepłota powietrza, to wielka mistyfikacja przedwczesnej jesieni. Nie dajcie się na to nabrać, bo zaskoczy was ten chłód wieczorny, który jak dotyk śmierci wstrząśnie nieopatulonymi plecami. W powietrzu coraz częściej zamiast dymu grilla unosi się dym ognisk, ziemia nie jeży się ścierniskami tylko pachnie – świeżo wzruszona pługami. I światło jest już inne, takie w chłodniejszym odcieniu. Niewątpliwie idzie jesień. I wcale nie szkoda mi lata, bo jesienne krajobrazy mają swoją magię.

Tylko żałować będę rowerowych wypraw, bo krótszy dzień nie pozwoli już na eskapady po dalszej okolicy. A bliższa już mi się mocno opatrzyła. Dlatego, by urozmaicić sobie przejazdy przez wsie, zaczęłam kolekcjonować kapliczki. Oczywiście nie zabieram ich na bagażnik roweru, ale kompletuję wizerunki kapliczek na karcie aparatu.

Tak nadaję jeszcze jeden sens swoim podróżom. I wcale nie chodzi tu o sakralny wymiar zjawiska, ale o to, by przyjrzeć się estetyce tych miejsc.

Okazuje się, że to bardzo ciekawy temat. Może ktoś kiedyś go podejmie. Ja na razie tylko rejestruję. A jest co. Mój wyczulony na kapliczki wzrok jak sejsmograf wychwytuje obiekty. To już zakrawa na jakąś obsesję 😊.

Bywa, że kapliczki same pchają mi się w oczy. Niedawno jechałam dawno nieprzemierzaną przeze mnie drogą z przewyższeniem, którego nie lubię. I kiedy wdrapywałam się ze ślimaczą prędkością na najwyższą z górek, rozglądałam się na boki, bo patrzenie przed siebie na szosę w takich sytuacjach totalnie mnie demotywuje, moje oczy wypatrzyły w pniu drzewa figurki typowe dla kapliczki. Miałam pretekst, by zatrzymać się, zejść z roweru, wyciągnąć aparat, przy okazji wyrównać oddech, otrzeć pot z czoła, wydłubać go z oczu i dokładnie przyjrzeć się obiektowi.

To chyba jak do tej pory najciekawsze zjawisko. Nie dość, że znajdowało się w oddaleniu od zamieszkałych domów, to jeszcze kapliczka zawierała trzy figurki Maryjek(?). Nie wiem, czy to przejaw dewocji? Żart (dwie figurki trzymały się za ręce)? Próba wzmocnienia efektu przez multiplikację?

Ale czy to ważne, co kierowało tworzącym to cudaczne cudo? Okazało się, że jak się bardzo chce coś znaleźć, to nawet wieczorem na bocznej drodze można wypatrzeć drzewo z Maryjkami 😊.

A wczoraj, jadąc przez wieś, którą już nie raz przemierzałam, uznałam, że może warto skręcić w boczną odnogę szosy. Na początku trochę mentalnie pukałam się w czoło nad sensem tej decyzji, bo droga wiodła ostro pod górę, ale zaraz po zdobyciu szczytu i zjechaniu z niego natknęłam się na przecudnej urody, subtelną kapliczkę maryjną. Uznałam, że to nagroda za moje poświęcenie zdobywania szczytu – czego, jak wiadomo, organicznie nie cierpię.

W mojej kapliczkowej odysei nie zawsze jest tak przyjemnie. Niektóre z kapliczek znajdują się na terenach prywatnych. I co ciekawe – niekoniecznie przy starych domach. Zdarzyło mi się już, że kiedy chciałam taki obiekt ogarnąć aparatem, rzecz jasna nie wchodząc na posesję, z domu wyłoniła się właścicielka i rozgniewanym tonem wyraziła dezaprobatę dla moich artystycznych(?) wyczynów:

– Po co pani filmuje mój dom?

– Nie filmuję, ma pani piękną kapliczkę w ogrodzie i chciałabym zrobić jej zdjęcie – próbuję wytłumaczyć

– Pani nie ma prawa, to mój dom!

– Ja naprawdę nie robię zdjęcia domu, tylko tej kapliczce, co stoi na podwórku, mogę pani pokazać w aparacie, że już kilka takich mam – tłumaczę grzecznie, licząc na zrozumienie, wrażliwość i swoją siłę perswazji.

– Jak pani nie odejdzie, to zawołam policję! – słyszę w zamian.

Poddaję się, nie mam wyjścia, tym bardziej, że z domu wychodzi mężczyzna i, jak przystało na dżentelmena, wspiera kobietę:

– Zbieraj się stąd, bo ci nogi z d..py powyrywam!

Bez nóg w rzeczonej d..pie trudno byłoby mi jechać, zatem odchodzę z niesmakiem. Trochę żal mi tej Maryjki w kapliczce, że stoi w takim sąsiedztwie.

Odjeżdżam z niezrobionym zdjęciem i z niezadanym, ale kolebiącym się w głowie w takt jazdy po wertepach pytaniem: „Po co wam kapliczka, jak nie macie szacunku do człowieka?”

A tak w ogóle to kończy się lato. Czuję to w kościach 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.