Wspomnienia jak wstążka

Przychodzi taki moment, że trzeba coś zmienić w życiu. Nie musi to być od razu rewolucja, zmiana męża, pracy czy garderoby. Wystarczy raz na jakiś czas pojechać inną trasą na wieczorną przejażdżkę rowerem. Dość już miałam jazdy na północ i na wschód. Dlatego wczoraj z ochotą pojechałam na zachód.


Pojechałam w rejony swojego dzieciństwa. Zrobiłam sobie rowerową podróż w czasie. Ja jechałam, aplikacja w telefonie rysowała mapę, a w mojej głowie na tę mapę nakładały się obrazy wyciągane z szuflad pamięci. I tak już po kilkunastu kilometrach mijałam budynek dawniej piekarni, który dziś straszy pustką i wiszącym od wielu lat napisem: For sale. Kiedyś pracowali tam ludzi, tętniło życie i pachniał świeży chleb.
Kawałek dalej, po prawej jest kościół. Tam byłam ochrzczona, czego rzecz jasna nie pamiętam, ale z opowiadań mamy, wiem, że przypłaciłam to zdrowiem.
Kika kilometrów dalej jest zakręt, kiedyś stały tam trzy świerki. Dziś nie ma po nich śladu, ale miejsce nadal nazywane jest przez tubylców Zakrętem Trzech Świerków. To w tym miejscu nieuważni kierowcy nie wyrabiają łuku i lądują w rowie.
Kilkaset metrów dalej po lewej jest dzikie wyrobisko. Tam „za łebka” przychodziłam szukać kamiennych jajeczek-niespodzianek, które kryły w środku wielobarwne agaty, a jak się miało pecha – tylko kwarc.
Jadę przed siebie ze wspomnieniem nigdy niepowstałej kolekcji półszlachetnych kamieni. Po lewej za rzeką mijam dom, w którym mieszkałam przez pierwsze dwa lata swego życia. Niewiele z tego pamiętam. W pamięci błyska tylko scena, gdy do rzeki wpada mi bucik. Poczucie straty jest niczym w porównaniu z lękiem przed mostami, z jakim mierzę się do dziś.
Może kilometr dalej mijam dom, typowy dolnośląski szachulec, w którym mieszkali znajomi rodziców i dzieciaki, z którymi lubiłam się bawić. Ona miała też na imię Iwona, dla odróżnienia na mnie mówili Gusia (od Agusia, Agnieszka, bo to moje drugie imię). Iwona i Marek mieli wielkiego pluszowego miśka. Bardzo chciałam mieć takiego samego. To było pierwsze uczucie zazdrości, z jakim się spotkałam w swoim życiu.
Jadę dalej. Kilometr, a może mniej. Za rzeką widać dom moich dziadków. Tam spędziłam kolejne lata swojego dzieciństwa. Dziś dom stoi pusty, dziadkowie wybrali się w najdalszą z podróży. Kiedy myślę o swoich korzeniach, o swoim dzieciństwie to niemal każda chwila łączy się z tym domem i jego mieszkańcami. Chleb ze śmietaną i cukrem, mleko z pianką prosto od krowy, chleb pieczony na blasze, podobnie jak solone talarki ziemniaków i jajko z patroszonej kury. Zabawy pod wiekową lipą, kąpiele w Kaczawie, karmienie kurcząt i prosiaków…i marzenie, by być taka jak babcia 😊.
Jadę z górki, ale coraz ciężej od nadmiaru wspomnień. Kawałek dalej mijam młyn, dziś pensjonat, kiedyś po prostu młyn, gdzie mieliło (sorry: mełło) się pszenicę, a w Wielką Sobotę przy ogromnym stole czekało się na księdza, który święcił postawione na blacie koszyczki. Pachniało kiełbasą, świeżym chlebem i ciastem.
Zaraz za młynem mijam odartą ze skóry Górę. W zasadzie odarty ma tylko brzuch. To Wielisławka. Willenberg jak mówiła babcia i inni we wsi. Mówili też o Klose, który wiedział o skarbach ukrytych w Górze. Mówili też o Czarnym Janku i wcale dobrze nie mówili. Dziś mówią inaczej, bo rzekomo Wyklęty, ale ja w to nie wierzę.
Po prawej mijam niepozorną chałupę. Stoi przy samej szosie. Tam mieszkała pani Wolakowa. Chyba była pielęgniarką albo felczerką? Na pewno robiła zastrzyki. Miała takie blaszane pudełko, w którym trzymała szklane strzykawki i metalowe igły. To akurat nie jest miłe wspomnienie. Jeszcze czuję zapach spirytusu, którym przecierała mi pokłute, chude wtedy, pośladki.
Wyjeżdżam koło ruin stacji. To z tej stacji jechały pociągi do Złotoryi, do mojego drugiego domu. Nie lubiłam wyjeżdżać. Do pociągu trzeba było iść dwa kilometry i czasem szłam, połykając łzy.
Zapominałam o nich, gdy rodzice kupowali tekturowe bilety. Kasjerka wkładała je do takiego urządzenia, które głośno stukało. Podobało mi się. Też chciałam pracować na stacji. Tym bardziej, że uwielbiałam zapach lokomotywy. Nie jeździły wtedy żadne spalinowe, a tym bardziej elektryczne, tylko całkiem węglowe ciuchcie, które na stacjach napełniano wodą i unosiły się przy tym kłęby pary. Kiedy podjeżdżał pociąg, z radością przyjmowałam piętrowe wagony. Co to była za frajda jechać na górze!
Dziś nie jeżdżą już pociągi. Tory zarosły brzozami, a stacja…no cóż na zdjęciu sami zobaczcie.
Jadę dalej. Przecinam rzekę i po prawej widzę dom. Kiedyś był tam sklep. Najbliższy, do którego jeździliśmy. Sklepy wtedy nie miały nazw. Na ten mówiono „u Łabędziowej”. Nie wiem, kiedy sklep przestał być sklepem a stał się zwykłym domem i co się stało z Łabędziową. Pewnie też, jak większość starszych mieszkańców wsi, przebywa najbardziej odległym z miejsc, bo dziś pewnie miałaby 120 lat.
Tak jak pani Maria. Ruiny jej domu mijam po lewej, zanim dojadę do pobliskiego miasteczka. Pani Maria była okrutnie stara i nie miała zębów. Niedawno dowiedziałam się, że była wtedy koło siedemdziesiątki. Nie ma już pani Marii, nie ma jej domu.
I nie ma też drewnianego kiosku nieopodal kolejnej stacji, która już dawno nie jest stacją. W drewnianym kiosku babcia kupowała mi oranżadę i drożdżówki, jak jechałyśmy do miasta. Oranżada była landrynkowa, a bąbelki wychodziły mi przez nos.
Dojeżdżam do starego kościoła, wokół którego kiedyś leżały porozrzucane płyty nagrobne. Dziś jest tam porządek i estetyczne lapidarium. Zawracam.
Jadę w kierunku domu. Znowu mijam ruiny domu, sklep Łabędziowej, stację z zapachem lokomotywy, dom Wolakowej…i zwijam wspomnienia jak wstążkę.
Za kilkanaście kilometrów znów będę u siebie. Znów będą sobą.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.