Czasem człowiek musi

Czasem dopada człowieka taka tęsknota za aparatem, że graniczy to z obłędem. A może to już obłęd. Bo normalne to nie jest, kiedy w pracy zamiast snuć zadumę nad przyszłością młodego pokolenia i robić wszystko, co w mocy, aby gruntownie i nieodwołalnie zaszczepić w nim – tym pokoleniu – szacunek do polskiej kultury, patrzy człowiek w okno i marzy. Marzy, by wyjść na moment, na godzinkę,… na zawsze i tułać się po polach, lasach, patrzeć na iskrzący w słońcu śnieg i lekką mgiełkę, a może smog – nieważne, po prostu na coś, co ładne.
I tak przebierając nogami, będąc na głodzie wrażeń estetycznych, dotrwałam do końca zawodowych zmagań z edukacją i pognałam do domu, co by tak aparat do siebie przygarnąć i choćby jakąś sikorkę w karmniku upolować. Sikory jednak miały inne plany niż ja  Zaiste musiało to przekomicznie wyglądać, kiedy w szpilkach i płaszczu ganiałam po zaśnieżonym ogrodzie, by znaleźć coś, co te ptaszyska zastąpi. I znalazłam jakieś suszki zeszłoroczne, co ich śnieg nie przykrył doszczętnie. Rzuciłam się na nie, jak zwykle rzucam się po pracy na obiad i wyzyskałam do cna ich możliwości fotogeniczne. A potem spokojnie wróciłam do domu, gdzie już bez przebierania nogami, bez tej dziwnej zadumy popatrzyłam na siebie w ośnieżonym płaszczu, przemokniętych szpilkach i stwierdziłam: dobrze, że cię nikt nie widzi, wariatko 

P.S. Osoby zaniepokojone tym, że będąc na fotograficznym głodzie, zaniedbuję proces edukacji, uspakajam – zadumę snułam przede wszystkim na przerwach i nie podczas dyżuru 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.