Rękoczyny

Dziś dzień pisma ręcznego. Zasadniczo powinnam ten post napisać piórem na kartce, tylko byłby problem z deszyfracją. Tak jak na dzisiejszej lekcji, gdy część notatki (tak zwane trudne słowa) zapisałam na tablicy. Uczniowie wychodzili z ławek i próbowali zgadywać, co prezentują znaki, które naniosłam kredą. Nie lubię pisać po tablicy. Wiem, że się wtedy kompromituję. Nie mam zdolności do kaligrafowania. Nie raz uczeń pyta mnie, co mu skomentowałam na marginesie pracy. Obnażanie własnych niedoskonałości nikomu nie służy, a ja od czasu do czasu muszę przecież coś odręcznie napisać i wtedy moje uwagi pod uczniowskimi wypracowaniami: „pisz staranniej” są szczytem hipokryzji 😉.

Jestem przekonana, że pismo jest w jakimś stopniu odzwierciedleniem charakteru człowieka, zatem ujawniam nim swoje rozchwianie, niedokładność, niecierpliwość i parę jeszcze cech na „nie”, o których wypadałoby milczeć.
Zawsze zazdrościłam pisma mojemu tacie. Litery wyraziste, trochę kanciaste, ale technicznie kształtne. No cóż – umysł ścisły, nie to co ja.
A przecież uczyłam się pisać tak jak wszyscy. Nużące zadania polegające na pisaniu kolejno wszystkich nowo poznanych liter tak, by mieściły się w liniach zeszytu – jakże mnie to bolało. Wręcz fizycznie, bo nie raz dostałam od mamy po łapach, gdy mi nie wychodziło, a w zasadzie wychodziło…za linię. Wtedy mama wyrywała kartkę i kazała pisać od nowa. A jak już zeszyt chudł od tych zabiegów, to ojcowską żyletką skrobałam błędy i ponownie pisałam, już poprawnie. Trzeba było jednak uważać, by skrobanie nie zrobiło dziury. Ehhh….Wtedy szczytem marzeń było mieć zmazik (najczęściej pozyskiwany zza granicy), który pochłaniał atrament, a drugą jego końcówką można było poprawić, co się sknociło. 
Na nic lata żmudnych ćwiczeń. Dziś piszę jak kura pazurem, choć szczerze mówiąc nie znam żadnej kury, która napisałaby w swoim życiu tyle słów, co ja. 
Nie cierpię odręcznego wypełniania formularzy. Jestem przekonana, że ktoś, kto je potem analizuje, myśli sobie, że ma do czynienia z analfabetą lub dysgrafikiem. Tak naprawdę czuję się jak wtórny analfabeta. Teraz, kiedy większość tekstów piszę na komputerze, odręczne notatki wydają mi się zupełnym anachronizmem i stratą czasu. Boję się, kiedy bank prosi mnie o wzór podpisu, bo mam wrażenie, że za każdym razem mój autograf wygląda inaczej i w końcu urzędnik pogoni mnie, zamiast wypłacić to, po co przyszłam. Albo zadzwoni na policję, by aresztowano mnie jako oszustkę 😛
Jest jednak jedna przewaga pisania ręcznego nad komputerowym – pisząc ręcznie popełniam mniej błędów ortograficznych. Tak, nie jest tajemnicą, że nawet polonista je popełnia. Pisząc długopisem lub piórem, powracam pamięcią do mechanicznego ruchu ręki. To tak jakby słowa zostały zapamiętane przez dłoń. To nic, że komputer dysponuje edytorem tekstu, który podkreśla błędne słowo lub nawet sam je koryguje. Ale komputerowi nie wolno ufać bezgranicznie. Metoda „ufaj, ale kontroluj”, jest tu jak najbardziej zasadna. Kiedyś zuchwały word poprawił mi w służbowym piśmie, będącym analizą wyników matury, „skala staninowa” na „skala stanikowa”. Gdybym pisała odręcznie, naraziłabym się co najwyżej na uwagę: „pisz staranniej”, a nie na: „nie pisz głupot” 😊.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.