Lubię wracać…

„Proszę Pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem” – mówi inżynier Mamoń w „Rejsie”. Ja nie jestem inżynierem i „być nim nie będę”, ale też mam sentyment do reminiscencji. Bo przecież trudno mieć sentyment do czegoś, co się dopiero zdarza. Dlatego lubię powracać w miejsca, które znam i …lubię 😊. Jest to jakiś sposób na ćwiczenie pamięci, ale także sytuacja sprzyjająca analizom zmian, jakie zachodzą w otoczeniu i we mnie. Dlatego wykorzystując wolne wynikające z Karty Nauczyciela, wyrwałam się z domu, by zobaczyć, jak wygląda zima gdzie indziej. Ostatnio zimę można zobaczyć w górach. Toteż tam pojechałam, modląc się, by chociaż drogi były bezśnieżne, bo choć za białym tęskniłam, to chciałam bezpiecznie dojechać do miejsca, skąd radość ze śniegu mogłabym czerpać.

W zasadzie śnieżne góry zaczynają się za Złotoryją już kilkanaście kilometrów na południowy-zachód, czego przykładem jest Okole, ale uznałam, że poszukam szczęścia bliżej Karkonoszy lub Rudaw. A najlepiej pomiędzy. Szczególnie te drugie pasma darzę cieplejszymi uczuciami, może dlatego, że nie są wobec mnie tak wymagające i na pewno niezdeptane jeszcze przez warszawiaków, których ferie trwają w tym samym czasie, kiedy moje.

I miałam szczęście, bo zaszyłam się w pensjonacie, który dopiero zaczyna swoją historię, toteż było kameralnie i cicho. Odległość od drogi i głównych szlaków czy też wyciągów narciarskich na tyle bezpieczna, że mogłam cieszyć się w ciszy widokami gór z każdej strony. Tych gór, które znam. Tych gór, które pewnie żadnych już niespodzianek nie kryją. I oswojonej przestrzeni. Te miejsca, które przez lata odwiedzałam o różnych porach roku, chciałam zobaczyć ponownie w innym anturażu, w mniej intensywnych barwach zatartych przez sypiący śnieg. Mówi się, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Tak jest z każdym powrotem. Niby rzeka ta sama, ale ja inna. Bogatsza o kilka myśli, co nienowe, kilka siwych włosów, trochę goryczy na języku i w sercu. I mimo, że wracam na te same skałki, idę tymi samymi szlakami, piję kawę w tym samym schronisku, za każdym razem jest inaczej. Nawet dlatego, że ciało już częściej protestuje przeciw pomysłom duszy.

Za każdym razem idąc na szczyt oswojonej góry, zastanawiam się, jakie dziś widoki z niej zobaczę. I prawie za każdym razem widzę coś innego. Impresjoniści mieli rację, mówiąc, że świat malowany jest przez słońce. To ono zmienia widok ze szczytu do spółki z chmurami, które czasem złośliwie zakryją mi widoki. Kiedy potem porównuję zdjęcia z tych samych miejsc robione w różnym czasie, widzę, że natura nie lubi powtarzalności. Dlatego wybaczcie mi, że lubię miejsca, które znam. Ale jedno jest w tym wszystkim niezmienne, to co kryje się za moim powrotem do domu. Niezależnie od tego, gdzie i jak długo byłam, czeka mnie sterta naczyń do umycia i sprzątanie kuchni 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.