Krótkie nogi

Dziś Dzień Bez Kłamstwa. Dobrze, że tylko jeden, bo byłoby ciężko wytrwać. Bo na ogół kłamiemy aż się kurzy. Czasem z wyrachowania, czasem ze strachu, a czasem z przyzwyczajenia. Od kiedy nauczymy się mówić, mamy problem z trzymaniem się faktów. Jako małe dzieci kłamiemy bezwiednie, zainfekowani nieposkromioną wyobraźnią. Opowiadamy niestworzone historie, wierząc w ich prawdziwość. To się nazywa konfabulacją. Dziś, kiedy pamięcią wracam do dzieciństwa, nie wiem, które z tych wspomnień mają potwierdzenie w rzeczywistości, a które są tylko psikusem wyobraźni. Bo czy możliwe, abym pamiętała, że dwuletniej Iwonce spadł bucik do rzeki, gdy jechała w wózku kładką nad Kaczawą? Było tak czy nie było, lęk przed mostami i kładkami we mnie tkwi.


Gdy byłam starsza, kłamałam już z rozmysłem. W przedszkolu kłamałam, że tato mnie wcześniej odbierze, dlatego nie mogę leżakować wraz z innymi dziećmi. Kilka razy udało mi się nabrać przedszkolanki, ale przecież kłamstwo ma krótkie nogi i w konsekwencji tato rzeczywiście musiał po mnie wcześniej przychodzić, bo za żadne skarby nie dałam się położyć na materacach w sali. Do dziś zresztą mam opory przed drzemką w środku dnia.
Jako dziecko chodzące do szkoły kłamałam rodziców, że nic nie było zadane (któż tego nie robił, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem). Niestety, na większe kłamstwa nie bardzo mogłam sobie pozwolić, bo piętro wyżej mieszkała moja nauczycielka biologii i ona w razie wątpliwości mogła służyć wiedzą moim rodzicom. A poza tym jako piątkowa uczennica (wtedy nie stawiano szóstek) nie miałam większych powodów do mijania się z prawdą.
Zresztą nigdy mi kłamstwa dobrze nie wychodziły, bo wszystko miałam wypisane na twarzy, która przybierała kolor purpury, gdy tylko czułam się niepewnie. A na dodatek miałam takiego pecha, że ktoś moje kłamstewka szybko weryfikował.
Tak było z pierwszą randką z moim przyszłym Mężem. Oczywiście bałam się, że surowi rodzice nie pozwolą mi na to spotkanie, więc wymyśliłam historię o robieniu gazetki na Święto Pracy. Wzięłam ze sobą jakieś brystole, bibuły i poszłam z tym na randkę. Niezbyt to było wygodne, ale tak sobie spacerowałam po okolicy z moim chłopakiem i po kilku godzinach zadowolona ze swojej przebiegłości wróciłam do domu. A tam już czekała na mnie mama z pytaniem, z kim paradowałam kilka kilometrów od domu, trzymając w ręku tubę brystolu? Ze zdumieniem i przerażeniem wysłuchałam tego pytania i zamiast odpowiedzieć, sama zapytałam: skąd wiesz? Okazało się, że wszystkiemu winny był monitoring w postaci sąsiada, który akurat mijał nas po drodze i nie zawahał się poinformować o tym moich rodziców.
Po takich wpadkach trudno mi było uwierzyć w skuteczność kłamstwa. Dlatego unikałam go tak, jak ściągania na sprawdzianach, bo tego też nie umiałam.
Jednak im bardziej dorastałam, im bardziej wchodziłam w relacje z ludźmi, tym częściej trzeba było stosować uniki, mijać się z prawdą czy też przemilczeć to, co mogłoby nie być słuszne lub pożądane.
I tak powoli kłamstwo weszło mi w krew i nawet największemu wrogowi mówię dziś: “dzień dobry”, a na pytanie: „co słychać?” odpowiadam „dobrze”. Zrosłam się z kłamstwem i nie powiem koleżance, że przytyła, gdy mnie o to pyta. Uprawiam ten proceder, tak jak wszyscy, choć jeszcze nie na tyle sprawnie, by móc stworzyć fikcję literacką i napisać powieść. Bo co to za przyjemność kłamać, gdy wszyscy wiedzą, że to robię 😉

fot. internety

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.