“Towanda”

Jest taka genialna scena w filmie „Smażone zielone pomidory”, kiedy, grana przez Kathy Bates, Evelyn – bohaterka mniej więcej w moim wieku przechodzi spektakularna przemianę. Do tej pory potulna, wycofana, żyjąca w cieniu innych i na marginesie swej kobiecości w reakcji na bezczelne zachowanie młodej kobiety, która zajęła jej miejsc parkingowe, z okrzykiem „Towanda” masakruje jej samochód.

Widzowie obserwują znikający z ust dziewczyny uśmiech, którego miejsce zajmuje przerażenie, za to na twarzy Evelyn widać satysfakcję ale i niedowierzanie, gdy uświadamia sobie swoją siłę.

Przypomniałam sobie tę scenę dziś, w świąteczną już sobotę, kiedy wracając ze święconką w koszyczku, zahaczyłam jeszcze o market, gdzie uzupełniłam to, o czym wczoraj zapomniałam. (tak na marginesie, to uważam, że niedługo po zakupy będę chodzić z kartką, na której nie tylko będzie lista sprawunków, ale i adres powrotny).

Zanim jednak opowiem, albo i nie, dlaczego ta scena dziś za mną natrętnie chodziła, zacznę od historii.

Zawsze byłam grzecznym dzieckiem (rodzina może poświadczyć). Nigdy świadomie nie sprawiałam nikomu przykrości. Nie biłam brata, ale brat tłukł mnie. Nie kłóciłam się z koleżankami, nie przeklinałam, nie darłam ani  nie brudziłam ubrań… Często wbrew sobie, bo wylewna nie jestem, a dystans osobisty mam ogromny, zacieśniałam więzi międzyludzkie, na przykład wtedy, gdy mama mówiła: przywitaj się z panią X, pocałuj panią Y. Zżymałam się wtedy bardzo, ale nie chciałam nikogo urazić czy sprawić przykrości.

Byłam spokojna, cicha i lekko wycofana – łatwy obiekt, by go wykorzystać, obśmiać, poniżyć. Rzadko kiedy się skarżyłam, bo…nie chciałam sprawiać przykrości komukolwiek.

Ale im wyżej rosłam i im więcej kartek spadało z kalendarza, tym więcej rozumiałam. Między innymi to, że moje potulność i cichość odbierane są jako słabość i chluby mi to nie przynosi. Mało kto z moich rówieśników rozumiał, że jeżeli nie krzyczę, nie przeklinam czy nie biję, to nie dlatego, że tego nie umiem. Mało kto dopuszczał myśl, że jeśli tego nie robię, to dlatego, że próbuje zrozumieć, co może czuć ktoś, przeciwko komu tak gwałtownie zareaguję. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że to nazywa się empatią, a z empatią trudno się żyje. Przynajmniej tym empatycznym. Dlatego uruchomiłam mechanizm obronny. Zaczęłam mówić, co myślę, nazywać rzeczy i ludzi po imieniu, choćby to imię nie było zbyt ładne.

Ale okazało się, że słowa nie mają takiej mocy, jaką bym chciała. A przynajmniej na tych, których określałam mianem chamów i prostaków.

Ignorowanie, drwiący uśmiech, inwektywy czy wystawiony środkowy palec były reakcje na zwrócenie uwagi, że peta nie wywala się na chodnik, że nie pluje się ludziom pod nogi, że nie maluje się sprayem po murach, że nie maca się brudnym paluchem pieczywa w markecie, że nie wpycha się do kolejki, kiedy wszyscy karnie w niej stoją i też się spieszą, że nie wrzeszczy się na kasjerkę, kiedy cena na kasie jest inna niż na półce…

Na razie jestem jeszcze na etapie słów, dlatego niektórzy mają mnie za pyskatą, ale chyba się rozwijam i już w myślach cieszy mnie ta chwila, kiedy z okrzykiem „Towanda”…

A tak w ogóle… to spokojnych Świąt J

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.