Uczył Marcin Marcina…

Od lat próbuję uczyć młodych ludzi świadomego korzystania z mediów. Próbuję ich uwrażliwić na manipulację, na rozmaite socjotechniczne triki. Proszę ich, by selekcjonowali informacje, nie łykali wszystkiego, co płynie z TV czy Internetu,  jak pelikany. Sugeruję, by wypracowali swój pogląd na świat, by nie szli (brzydko mówiąc) na łatwiznę, myśląc schematami, kalkami, używając stereotypów.

Zadanie trudne, prawie jak syzyfowa wspinaczka z głazem, bo rok w rok zdaję sobie sprawę, że w tym ambitnym zadaniu jestem stroną przegraną. Nie dlatego, że młodzież niekumata, bo akurat kumata, ale dlatego, że media są o krok lub kilka metrów przede mną. Wypracowują coraz bardziej homogeniczny przekaz, z którego niełatwo wybrać to, co warto. Wypadałoby po prostu odciąć się od świata informacji, ale to też nie metoda.

Ze wstydem uświadamiam sobie, że czasem też wpadam w pułapkę zastawioną przez TV lub Internet. Mimo, że moja czujność czujną jest i od czasu do czasu włącza mi się sygnał ostrzegawczy, co przywraca zdroworozsądkowy sposób funkcjonowania w tym świecie.

I ostatnio to czerwone światło włącza mi się nader często, bo widzę, że media próbują kreować moje zapotrzebowanie na konkretne newsy. A ja mam naturę przekorną, więc kiedy ktoś mi coś narzuca, budzi moje demony. Tak jest z próbą przekonania mnie do wątpliwej jakości programów typu lub stricte Big Brother.  Nachalne reklamy, zajawki programu bombardują mój zmęczony umysł i prowokują irytację. Przyznam z ręką…w nocniku, że kilkanaście lat temu skaziłam swoje oczy takim programem. Co się zobaczyło, to nie nie odzobaczy. Wtedy była to nowość, eksperyment społeczny, rządził on umysłami wielu widzów. Bohaterowie programu stali się ikonami, celebrytami, meteorami, które chwilę pobłyszczały, a potem spadły w niebyt. Tak jak niebawem pewnie spadną Rozenki , Godlewskie i godlewskopodobne produkty.

Teraz zadaję sobie pytanie, czy nie był to początek końca ambitnego przekazu płynącego z mediów? Początek intelektualnej pauperyzacji społeczeństwa? Bo że takie nastąpiło, nie ma wątpliwości. Wystarczy zobaczyć program TV w jakiejkolwiek stacji. Wczoraj „Gazeta Wyborcza” świętowała 30-lecie. Z tej okazji przypomniano pierwsze wydanie gazety. Na końcu był program TV. Wystarczyło porównać to, co zawierał ten sprzed trzydziestu lat z tym obecnym. Wypada ręce załamać.

Pewnie odpuściłabym sobie ten temat i nie klepała w klawiaturę, gdyby nie wczorajsze wkurzenie na Internet, który za sprawą telefonu przysyłał mi wielokrotnie informacje o tym, że angielskie Royal Baby, zresztą chyba siódme w kolejce do tronu, otrzymało imię. Po co mi ta wiedza? Wystarczy, że jeszcze pamiętam imiona własnych synów, którzy w kolejce do tronu w swej rodzinie są znacznie bliżej niż Archie we własnej.

I tak sobie myślę: mateńko ty moja, patronko zdrowego rozsądku, czy te wszystkie informacje naprawdę mnie wzbogacają? Uszczęśliwiają? Dają spokój ducha? Bzdura. Wypełniają i tak ciasne przestrzenie komórek szarych, wypierając na przykład hasło do konta czy własny pesel,  ewentualnie datę  urodzin Męża.

Teraz taka mądra jestem, że czujność wykazuję i nie daję się złapać. Segreguję ten szum informacyjny jak śmieci po podwyżce. Ale chochlik zza ucha mi mówi, że moja przebiegłość pozorną jest tylko, bo to, co uznałam za niepotrzebne i irytujące, zaległo się jednak w mym umyśle, o czym świadczy ten tekst. I dziwić się młodzieży…

fot. Internet

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.