Jak szewcy

Drugi dzień świąt niezależnie których, to dla mnie takie piąte koło u wozu. Niby święta, ale jakieś takie bardziej powszednie, bez patosu, zadęcia i spięcia. W tym roku to w ogóle trudno mówić o większej świątecznej mobilizacji.

Zresztą nie ma co się nad tym rozwodzić, bo każdy wie, o co chodzi w tej nietypowości Wielkanocy dwóch dwudziestek. Nietypowe jest też to, że niektórzy nie mogą się doczekać, kiedy wrócą do pracy we wtorek, bo są szczęściarzami i nikt im nie zamknął firmy.
Przypomina mi się w tym momencie scena z „Szewców” Witkacego, tego wizjonera, który bał się, że zagłada nadejdzie z Chin, zburzy nasz świat, weźmie za mordę, zunifikuje i zagrozi tak zwanemu Istnieniu Poszczególnemu 😉 Nie sądzę, że wirusa z Wuhan miał na myśli, ale geograficznie trafił w 10!
Otóż ten katastrofista i prześmiewca w jednym wymyślił taką scenę w „Szewcach”, w której to tytułowi rzemieślnicy siedzą pokonani, uwięzieni i skazani na przymusową bezczynność, co w wolnym tłumaczeniu znaczy – nieróbstwo. A z oddali, zza krat wabi ich warsztat szewski, który do niedawna był ich przekleństwem. W nich rodzi się tęsknota, frustracja, agresja… Jak się kończy ta przymusowa izolacja? – nie będę ujawniać, bo jeszcze ktoś mnie oskarży o podżeganie do buntu.
Ale po prostu tak mi się skojarzyło, przy okazji dowodząc, że zawsze chcemy tego, czego nie mamy, choć gdy to mamy, to go nie chcemy 

😀 I kto za nami nadąży?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.