Spadek napięcia

Są takie dni, kiedy czuję się tak, jakby wyładowały mi się baterie. Bo ile można żyć w napięciu? W głowie galopują myśli, że trzeba załatwić tyle ważnych spraw, przecież ogródek czeka na wbicie szpadla, trzeba by posadzić te kwiatki, co już od kilku dni czekają w doniczkach, wyciągnąć pranie z pralki, odkurzyć dywaniki w aucie, przepisać wywiad z dyktafonu, bo niedługo muszę zamknąć numer gazety, na dodatek powinnam zrobić coś z tym brzuchem, bo znowu zaczął się po świętach zaokrąglać, może znowu trzeba by zacząć biegać? A przynajmniej ruszać się…

Trzeba, muszę, powinnam…Plany, zamiary, decyzje, tyle ich, że głowa mała. A ja? A ja kładę się na kanapie obok śpiącego kota, ostrożnie wpasowując się w wolne miejsce i odcinam zasilanie. Kot mruczy, łaskocze wąsami, a ja zamykam oczy i dopiero wtedy czuję, jak pieką od przeczytanych liter, od obrazów i ludzi, od niewypłakanych łez, które nie wiadomo skąd się biorą.

Są takie dni, kiedy z łatwością, a nawet z grzeszną rozkoszą daję się pokonać słabości. Bez wyrzutów sumienia. Przecież czasami mogę, bo wiem, że to nie zmieni biegu świata, ani na lepsze ani na gorsze. Podobnie zresztą, jak gdybym te wszystkie plany zrealizowała. Ale przecież od czasu do czasu mogę być życzliwa dla samej siebie. Bo jak nie ja, to kto? Szczególnie w takie dni, kiedy mam wyładowane baterie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.